Black Absinthe – “Early Signs of Denial” (2016)

  •  
  •  
  •  
  •  

Zacznijmy od tego, że trochę dziwny to twór, bo chociaż album przedstawiany jest jako longplay, to całość materiału nie przekracza pół godziny. Kompozycji jest zaledwie sześć, wszystkie utrzymane mniej lub bardziej w mieszance thrashu, stonera i hard rocka. I chociaż z początku może wyglądać to dziwnie, to szybko okazuje się, że właściwie nie ma na co narzekać – bo utworów wprawdzie jest tyle, ile jest, ale za to zapychaczy się wśród nich nie uświadczy.

Najmniej wyraziście wypada, dość niefortunnie, pierwszy utwór – a przecież to właśnie najcięższe działa należy wytoczyć na początek. W otwierającym The Wild najbardziej przyciąga uwagę…outro, z naprawdę soczystym riffem. Jeśli jednak nie zniechęci nas poprawny, ale nie jakoś porywający szczególnie początek, to dalej będzie już tylko i wyłącznie lepiej. Is This Life nasuwa od razu skojarzenie z Trivium z czasów ich najbardziej thrashowego okresu, czyli The Crusade – tyle, że oczywiście bez takich technicznych fajerwerków jakie fundują Matt Heafy i Corey Beaulieu. Jest prościej i z bardziej hard rockowym pazurem, (było nie było Black Absinthe to tylko trio, jedna gitara wymusza pewne uproszczenia formy), jednak ciekawie zaśpiewany refren jest szalenie nośny. W ogóle z chwytliwością kompozycji na tym albumie jest nadzwyczaj dobrze. Anthraxowy, znowu świetnie, żarliwie zaśpiewany Pigs to utwór zarówno do wściekłego headbangingu, jak i nucenia pod prysznicem lub też darcia mordy pod sceną – względnie na odwrót, jak kto woli. Tak samo trochę łagodniejszy Berj Khalifa, tam już wokal trochę się forsuje, ale linie melodyczne są nadal kapitalne a i również solo może się podobać. NOW to już w dużej mierze ciśnięcie klasykami z Kill em All i satreńkimi Megadethami na czele – szybko, wściekle, ale ze spokojniejszym i znowu bezbłędnym refrenem. A na koniec znowu powracają klimaciki Trivium w smutnym i poruszającym, ale nadal rozpędzonym i najostrzejszym Winter. I w zasadzie żaden z tych utworów nie odstaje od reszty i wszystkie bardzo szybko się „wkręcają”.

Niby wszystko to, co prezentuje amerykański Black Absinthe było już grane – a i pewnie niejednokrotnie nawet i lepiej. Tylko co z tego? Specjalnie dałem sobie trochę więcej czasu na ten album i stwierdziłem, że ciągle chętnie do niego wracam. Mimo intensywnego słuchania, nie przejadł mi się. Nie zmienia to faktu, że z ocena „cyferkową”, za którą zresztą nie przepadam, mam problem. Gdyby wywalili pierwszy utwór i zrobili z Early Signs of Denial epke’ę to pewnie miałbym pełne gacie, czekał na longpleja i dał wyższą notę. Z drugiej strony, lepsze chyba coś takiego, niż na odwrót – dziesięć kompozycji, a połowa zapychacze…

Ocena: 7,5/10

Tagi: , , , , , , .