Black Curse – “Endless Wound” (2020)

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zdarza się niekiedy, zwłaszcza gdy słuchacz ma do czynienia z nowym kolektywem, iż więcej o samej formacji mówią nazwy zespołów, w których udzielali lub wciąż udzielają się jego członkowie. Ludzie stojący za Black Curse odpowiadają obecnie za brzmienie m.in. Blood Incantation, Spectral Voice, Primitive Man czy Khemmis – w ostatecznym rozrachunku okazało się jednak, że „Endless Wound” z muzyczną spuścizną tychże łączy naprawdę niewiele. Black Curse to wyjątkowo udana black/deathowa chimera z war-metalowym zacięciem.

Jak już nadmieniłem, kwartet z Colorado to ansambl złożony z ludzi znających metalowe rzemiosło oraz rozpoznawalnych w półświatku. „Endless Wound” to premierowy longplay tej artystycznej trupy, którego wydanie zwiastowała wypuszczona w zeszłym roku demówka o takiej samej nazwie. Spod szumów i trzasków garażowej produkcji dawały się wysnuć pierwsze wnioski dotyczące potencjału oraz brzmienia formacji – na potrzeby recenzji można by je scharakteryzować jako fuzję Katharsis, Autopsy oraz Archgoat. Demo, jakkolwiek naprawdę udane, było jednak zaledwie uwerturą, a pełnoprawny debiut w mojej opinii przeszedł śmiałe oczekiwania fanów oraz krytyków.

„Endless Wound” to dzieło doskonale pomyślane w swym barbarzyństwie. Na szczególną uwagę zasługuje rewelacyjne brzmienie – choć zostało oparte na fundamencie wcześniej wspomnianych trzech klasycznych zespołów, nie znalazłbym formacji, którą mógłbym z Black Curse zestawić w skali 1:1. Najbliżej byłoby zapewne Teitanblood, jednak ich pobratymcy z Colorado tworzą kompozycje bardziej przestrzenne. Debiutancka płyta Amerykanów jest wyjątkowo przemyślana. Wielokrotne zmiany temp, zabawa motoryką, świetna praca sekcji rytmicznej – to tylko niektóre z zalet albumu. Na przeszkodzie nie stoi także forma nagrań; Black Curse czuje się świetnie zarówno podczas trzyminutowej rzezi, jak i grając monumentalne, niemal dziewięciominutowe „Finality I Behold”. Żonglerka konwencją (od death metalowych sprzężeń, przez black metalową furię, do doomowych niekiedy temp) jest jednak przeprowadzona w sposób sprawny, a złowieszcze brzmienie jest koherentne w swojej różnorodności.

Przyznam, że dawno żadna metalowa płyta nie owładnęła mną tak mocno. Może zabrzmi to górnolotnie, ale uważam, że „Endless Wound” nie jest podsumowaniem dokonań Archgoat czy Diocletiana – jest za to rafinacją tego brzmienia, war-metalową czystą formą. Czas pokaże, czy mój zachwyt był przesadzony, czy debiutanci nagrali nowożytnego klasyka. Na chwilę obecną skłaniałbym się ku tej drugiej opcji.

Ocena: 9/10

Tagi: , , , , , , , , .