Column One “Cindy, Loraine & Hank” (2015)

  •  
  •  
  •  
  •  

Mam mnóstwo pytań, ale obawiam się, że nie będzie mi nigdy dane poznać odpowiedzi.

Zastanawiam się na przykład, gdzie przebiega granica między muzyką a performancem. Chciałbym się dowiedzieć, jak daleko można zabrnąć w eksperyment nie zapominając jednocześnie o celu, jaki chciało się osiągnąć. Ciekawi mnie, czy odrzucając formę można coś do niej wnieść.

A przede wszystkim próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie, czy takie artystyczne postrzeganie materii dźwięku, jakie proponuje mi Column One, jest mi potrzebne i czy wpływa jakkolwiek na mój rozwój jako słuchacza.

Column One kontynuują swoją analizę muzyki, którą zapoczątkowali lata temu. Nowy album tego eksperymentalnego ansamblu, dwupłytowy zbiór dźwiękowych miniatur pod tytułem Cindy, Loraine & Hank, pozostawia słuchacza pozbawionego podstawowych cech muzyki jakiejkolwiek. Nie znajdziecie tu rozpoznawalnych struktur. Nie znajdziecie tu rytmu, pulsu, tempa, melodii. Wielu nie znajdzie też sensu. Znajdziecie za to katalog dźwięków, poukładanych jeden obok drugiego, nachodzących na siebie w sobie tylko znany sposób po to, żeby słuchacza zdenerwować, zaciekawić, uśpić lub wywołać u niego ból głowy. Być może nawet byłoby to na swój sposób ciekawe, gdyby nie fakt, że w tej materii powiedziano już wszystko, co trzeba było powiedzieć (sporo z tego powiedzieli zresztą sami Column One), a kolejne wypowiedzi są tylko mało odkrywczymi powtórkami z rozrywki, które nie dają już nawet do myślenia. Jest to przecież eksperyment, który ma czemuś służyć. W tym przypadku wydaje mi się, że twórcy chcieli, żebym zastanowił się nad tym, co tworzy muzykę. Czy coś musi mieć melodyjkę, żeby dało przyjemność ze słuchania? A może piękno dźwięków czai się wszędzie dookoła? Sęk w tym, że ja to wszystko wiem. A Column One nie uświadomili mi nic nowego. Nie zbliżyli mnie nawet o krok do stanu w jakim byłem, kiedy po raz pierwszy skumałem, o co chodzi Johnowi Cage’owi z jego słynnym 4:33. A może po prostu zbyt ochoczo zgłosiłem się po recenzję Cindy, Loraine & Hank, a tak naprawdę nie wiem nic?

Z drugiej strony ta dźwiękowa degrengolada zmusiła mnie do tych rozważań, więc może jest to jednak jakiś sukces Column One. Czy będę teraz uważniejszy na otoczenie? Czy będę bardziej skory do szukania doznań estetycznych poza słuchawkami? Wątpię. Mam bardziej wrażenie, że ktoś próbuje dorabiać na siłę wyszukaną interpretację do dźwiękowego kolażu, który nie broni się sam. A z takimi eksperymentami jak z poezją – jeśli po lekturze nie mam w głowie nic, żadnej wskazówki, żadnej emocji, żadnej palety barw, to znaczy, że wiersz jest tylko nic nieznaczącą zbitką przypadkowych wyrazów nazwanych nie wiadomo czemu figurami stylistycznymi, za pomocą których autor próbuje mi wmówić, że jestem głupi, bo go nie zrozumiałem, a on jest mądry, bo… go nie zrozumiałem. Ale jeśli ktoś chce mi coś powiedzieć, ale robi to w taki sposób, że nie mam zamiaru go zrozumieć, to czy na pewno ma coś do przekazania?

A wy, Column One? Co chcecie mi powiedzieć?

2/10

nmtr

Tagi: , , .