Kwiecień okazał się szczęśliwym miesiącem dla Pelagic Records. Najpierw rewelacyjny album Arabrot, a teraz to cudo – The End of All Things francuskiego CROWN. Nie tego się spodziewałem. Po części to wina absolutnego braku wykonania przeze mnie jakiegokolwiek researchu na temat trzeciego albumu formacji, po części zaś wina tego, że zespół postanowił tu w znaczącym stopniu odejść od solidnych (choć przy tym pozbawionych fajerwerków) sludge’owych rytmów, które wybrzmiewały jeszcze na Natron, skupiając się za to bardziej na industrialu, ociekającym elektroniką jak frytki z podrzędnej budy z kebabem olejem. Mają Francuzi jaja. A przy okazji mają też rewelacyjny materiał, który już za pierwszym razem zwalił mnie z nóg.
Do tych metalowych korzeni zespołu nawiązuje przede wszystkim świetny agresywny Shades, choć i ten numer podlany jest elektroniką w stopniu takim, o jaki CROWN bym nie podejrzewał. Pozostała część The End of All Things to znacznie spokojniejsze, stonowane numery, urzekające przede wszystkim cudownym, czystym wokalem Stephane Azama (tak, wrzaski i growl znane z poprzednich albumów poszły do lamusa), rewelacyjnymi, budującymi przygnębiający klimat melodiami oraz mądrym wykorzystaniem syntezatorów oraz całego elektronicznego bogactwa, jakie znalazło się na podorędziu Francuzów, a które dzięki bajecznie dobrej produkcji brzmi dokładnie tak jak powinno brzmieć – mocarnie, ale na tyle przestrzennie, żeby nie zabrakło miejsca tego dla fantastycznego wokalu. Jak już wspomniałem jest tu tego sporo, jednak ani przez chwilę nie ma się wrażenia przesytu, jakie kilka lat temu towarzyszyło na przykład wydanemu przez Korn The Path of Totality.
Nie da się ukryć, że te elementy w twórczości duetu (tutaj wspieranego jeszcze przez Nicolasa Uhlena) były obecne już od początku, teraz po prostu na drodze naturalnej ewolucji brzmienia wyszły na pierwszy plan – i bardzo dobrze, takie oblicze zespołu przemawia do mnie znacznie bardziej. Zresztą posłuchajcie sami utworów Neverland, Illumination, Extinction czy Firebearer – to ideały zawierające kwintesencję tego, czym aktualnie jest CROWN, a przecież jest tu jeszcze pięć pozostałych kawałków, obok których obojętnie nie przejdą ani fani Nine Inch Nails, ani fani elektroniki spod szyldu Perturbator, ani po prostu miłośnicy dobrego industrialu. Wspomniane cyferki mogą Wam się matematycznie nie zgadzać, a to dlatego, że zamykająca album Utopia, w której gościnnie możemy usłyszeć Karin Park z Arabrot, jest jedynym momentem, podczas którego nie piałem z zachwytu. Nie powiem jednak, że jest to numer jednoznacznie zły – po prostu odstaje od kunsztu tego, co przed nim.
Wydawca w notkach prasowych porównywał The End of All Things do Kid A Radiohead. Podobieństwa są oczywiste – mamy do czynienia momentami z drastyczną zmianą stylu, która poskutkowała genialnym dziełem. Właśnie takiego CROWN chcę słuchać, ich trzeciego krążka po prostu nie chce się wyciągać z odtwarzacza, jest cholernie uzależniający i ciągle jest go mało. Szacunek się należy już za samą odwagę, aby nagrać to, na co ma się ochotę – Panowie pewnie zdają sobie sprawę, że część fanów może się od nich odwrócić. Cóż, ich strata.
Ocena: 9.5/10
CROWN na Facebooku
- Morpholith, Moonstone, Triangle Choice – Katowice (08.04.2026) - 17 kwietnia 2026
- HellFuck – „9 Nails Hammered Into the Flesh of God” (2026) - 9 kwietnia 2026
- Pothamus – „Abur” (2025) - 31 marca 2026
Tagi: 2021, Crown, darkwave, industrial, Pelagic Records, recenzja, review, The End of All Things.







