Był sobie zespół Crown the Lost, który grał w latach 2005-2011 i zdążył wypuścić trzy pełnowymiarowe albumy studyjne. Grupa ta nie osiągnęła może zbyt wiele, a recenzje ich dokonań są dość rozbieżne i nie napawają optymizmem. Skoro jednak w Europie ukazała się reedycja ich ostatniego krążka, to zaciskam zęby i wrzucam na ruszt Cold Pestilent Hope.
Płyta, na którą składa się w sumie dwanaście utworów, ujrzała światło dzienne w ostatnim roku twórczości kapeli z Pensylwanii. Słuchacza wita niezbyt ciekawa okładka, choć podobno to wnętrze się liczy. A tu na początku miłe zaskoczenie, bo materiał otwierają dobrze brzmiące riffy i perkusja, która przypomina mi Hardwired Metalliki. Instrumentalne dwuminutowe intro pod tytułem Pray for Death to porcja solidnego thrashu, oparta o niezbyt skomplikowane, acz satysfakcjonujące rozwiązania. Gitara wiodąca majaczy swoje solo na pograniczu thrashu i power metalu, rozpędzając się i uzupełniając całość o ciekawe brzmienie. Gdyby reszta kawałków była w podobnym stylu, mielibyśmy tutaj świetny album. Niestety, kolejne porcje muzyki Crown the Lost są nieco rozczarowujące. Mamy tu do czynienia z dwoma wokalistami, z których wiodące partie to czysty śpiew w stylu heavy metalowym, zaś o wiele ciekawsze są wstawki w postaci lekkiego growlu, który dobrze odnalazłby się w death metalowym projekcie. W teorii takie połączenie powinno wypaść na plus, jednak melodyjne wokalizy, które otrzymujemy na Cold Pestilent Hope są po prostu słabe. Gitary robią co mogą, by pociągnąć ten wagon do przodu. Rytmika w większości numerów jest w porządku, solówki odpływają nieco za bardzo w stronę power metalu.
W kolejnych kompozycjach sekcja instrumentalna wypada raczej pozytywnie, z pojedynczymi momentami, w których gitara prowadząca zaczyna swoje eksperymentalne solówki. Jeśli chodzi o perkusję i bas – nie mam nic do zarzucenia. Z kolei gitara rytmiczna od początku do końca wygrywa nieskomplikowane riffy, aczkolwiek w prostocie jest klucz do sukcesu. Osobiście uważam, że dobre wrażenie psuje gardłowy, który chciałby brzmieć jak Mike Howe z Metal Church, ale brak mu tej zaciętości i werwy. Kiedy dochodzę do numeru piątego, otrzymuję chwilę wytchnienia w postaci kolejnego instrumentala. Niezłą propozycją jest też Bloodsoaked Serenity, w którym więcej czasu otrzymuje drugi wokal, ten growlujący, który idealnie pasuje do stylistyki zespołu. Takiego Crown the Lost mógłbym słuchać!
Trzy naprawdę udane kawałki przeciwko dziewięciu wtórnym i nieciekawym kompozycjom. Ocena końcowa nie może być zatem za wysoka, choć przyznam, że warstwa instrumentalna zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. Chyba nie ma co płakać z powodu rozpadu zespołu, tym bardziej, że poprzednie dwie płyty brzmiały podobnie do Cold Pestilent Hope. No, szału nie ma.
Ocena: 6/10
- Varmia – „lauks” (2026) - 7 kwietnia 2026
- SiriusC – „Soil” (2025) - 8 listopada 2025
- Uulliata Digir – „Uulliata Digir” (2025) - 7 stycznia 2025
Tagi: 2011, cold pestilent hope, crown the lost, power metal, ragnaroek records, thrash metal, usa.






