Jest takie powiedzenie: „złe dobrego początki”. Nic lepiej nie pasuje do historii z niniejszej recenzji. Zespól Merciless Death w latach 90. nie powiedział ostatniego słowa i część muzyków postanowiła znowu połączyć swe siły, aby zasiać zło i zniszczenie na łonie sceny metalowej. Zaczątkiem i zapalnikiem kierującym muzyków ku tej decyzji była niestety przedwczesna śmierć jednego z założycieli zespołu, Jarka Figaszewskiego. Krótko po jego odejściu wytwórnia Thrashing Madness odezwała się do wokalisty Grzegorza „Wiecha” Miszuka z zapytaniem o wznowienie nagrań archiwalnych, na co ten przystał bez zastanowienia, bo zależało mu, żeby pokazać
spuściznę muzyczną po Jarku i najlepszych czasach kapeli szerszej publiczności. Wszystko to doprowadziło także do rozpoczęcia współpracy z drugim z gitarzystów oryginalnego składu, Mariuszem „Zdradą” Zdrodowskim. Jak się można dowiedzieć z bookletu wspólnie nagranej płyty, rozmowy nie obyły się bez kilku trudnych tematów i wyjaśnienia demonów przeszłości. Ostatecznie potoczyły się jednak dobrze i muzycy zabrali się za kompletowanie składu. Poszukiwania rozpoczęto wśród starych członków hordy, ale ostatecznie stanęło na tym, że wokalista wziął się za programowanie perkusji, a partie basu nagrał nie kto inny, jak Tomasz „Skaya” Skuza z Quo Vadis, który był i na pewno nadal jest przyjacielem zespołu. Do kilku instrumentalnych partii zaproszono gości, ale podstawowym składem została wspomniana trójka i to trio odpowiada za powstanie płyty From Hell, która ujrzała światło dnia dawno, bo aż dwanaście lat temu. Wiem, żadna z tego nowość, ale czuję wręcz obowiązek, by o niej napisać i ją przypomnieć.
Włączając po raz pierwszy From Hell nie byłem pewien, czego się spodziewać, historia nie raz pokazała, że reuniony udają się rzadko, albo udają się, ale nie od razu – potrzebują kilku wydawnictw i wielu koncertów, by wrócić na tory. Merciless Death może dzięki temu, że w okrojonym składzie, może dzięki uporowi, może dzięki talentowi, albo dzięki każdemu z tych składników nagrali album godny. Godny swojej historii, godny swojego powrotu i godny, by uczcić nim zmarłego Jarka. Thrash/death metal, jaki zespól tworzył kiedyś, na From Hell w końcu nabrał ogłady, znalazł swój balans. Materiał na płycie uderza staroszkolną atmosferą, dobrym podejściem do aranżu i idealnym wyczuciem tego, czym było Merciless Death u zarania swych dziejów. Muzycy nie silili się na wplatanie nowości, bycie na czasie i w okresie, w którym granie old school było absolutnie passe, nagrali płytę kompletnie niekoniunkturalną. Utwory utrzymane w średnich tempach kipią świetnymi riffami i zapamiętywalnymi wersami/refrenami, czyli tym, czego osobiście w thrash metalu potrzebuję. Co prawda słychać, iż wokalista nie miał czasu i okazji na nowo zedrzeć sobie głosu, ale jak dla mnie dodaje to smaku i surowości całości.
Wisienką na czarcim torcie jest cover nagrany dla Leszka Sianożęckiego, prowadzącego Thrashing Madness, znanego także z udzielania się w nieświętym Holy Death. Muzycy postanowili podziękować mu za współpracę nagraniem utworu Holy Death, który w ich wykonaniu brzmi jak wyrwany z To Mega Therion Szwajcarów z Celtic Frost. Ciekawa interpretacja i bardzo fajny hołd.
Thrashing Madness na Facebook’u.
- Guerra Total – „Of Death’s Apotheosis… Cthulhu’s Call and the Terror of the Cosmic Unknown” (2025) - 19 kwietnia 2026
- At the Gates – „The Ghost of a Future Dead” (2026) - 10 kwietnia 2026
- Huge – „Not a Handful of Stones but the Sound of My Soul” (2025) - 9 kwietnia 2026
Tagi: 2023, From Hell, Merciless Death, recenzja, review, Thrash/Death Metal, Thrashing Madness.







