Po wydaniu przez Carnage Records demówki Holocaust zespół Merciless Death był już gotowy, by nagrywać długograja. Niestety z powodu wielu życiowych zawirowań band utracił wiatr w żaglach, zaczęła się w nim psuć atmosfera i stracił rozpęd w pięciu się ku górze. Gdzieś tam można wyczytać, domyślić się między wierszami, iż dużą rolę w tym miał Mariusz Kmiołek, który skupił się na pracy jedynie z Vader. Nie było mnie tam, nie wiem na sto procent, ale faktem jest, że album, który miał stać się wrotami do szerokiej działalności, stał się nagrobkiem zespołu. Sick Sanctities nagrano w 1993 roku w ARP Studio pod okiem Marka Szukały i ostatecznie wydano również z logo Carnage Records.
Słuchając teraz tego materiału, krótko po przypomnieniu sobie świetnego Holocaust, faktycznie odbieram go jako płytę zespołu, któremu los nie sprzyjał, co przełożyło się na złą atmosferę w studio, a co za tym idzie – na materiał, który, mówiąc trywialnie, nie urywa d**y. Merciless był zawsze huraganem szaleństwa, nieobliczalnym żywiołem, a na Sick Sanctities cała ta nieprzewidywalność uleciała i zamiast albumu genialnego, polskie podziemie dostało krążek dobry, ale jakby niezdecydowany, pozbawiony wyjątkowości typowej dla szczecińskiej załogi. Proszę nie zrozumieć mnie źle, płytę uważam nadal za kawał zajebistej, staroszkolnej łupanki i kocham jego brzmienie, ale mam wrażenie, że gdyby w zespole działo się w tamtym czasie lepiej, to stałby się kanonem, a nie solidnym wspomnieniem starych czasów.
Jednak czasu nie da się cofnąć i należy się cieszyć, że w ogóle sfinalizowano ten album, bo jest tu kilka naprawdę potężnych songów. Zespół już na starcie pokazuje, że konwenanse ma gdzieś i zaczyna płytę jakby od dwóch introsów pod rząd, co się bardzo rzadko spotyka (kojarzę tylko, że jeszcze Morbid Angel pozwoliło sobie na taki ruch). Muzycznie mamy tu do czynienia z thrash/death metalem, co może zaskakiwać. Materiał z poprzedzającego płytę dema wskazywał raczej, iż zespół pójdzie w stricte death metalowe klimaty, tym bardziej, że takie były wtedy trendy (i zapewne też naciski ze strony wytwórni) – ale w końcu nie poszedł.
Przyznaję, że wolę utwory silniej zaprawione śmierć metalem, zagrane są tu fachowo, pozbawione fajerwerków i nastawione na dobry riff i flow, a nie na szybką łupankę. Przytoczę tu tytuły Mirrors of Inferno i tytułowy Sick Sanctities – to kawałki, które zdecydowanie się wyróżniają i gdyby cała płyta utrzymywała taki poziom, to zmiotłaby ówczesną konkurencję z powierzchni ziemi.
Niestety tak się nie stało i jak to mówią: ludzi szkoda, ale trzeba żyć dalej. Ja się cieszę, że posiadam ten album na półce, zapewnia mi dobrą zabawę, a o to w tym ostatecznie chodzi. Polski metal jest świetny i Merciless Death jest jednym z mocniejszych na to dowodów.
Thrashing Madness na Facebook’u.
- At the Gates – „The Ghost of a Future Dead” (2026) - 10 kwietnia 2026
- Huge – „Not a Handful of Stones but the Sound of My Soul” (2025) - 9 kwietnia 2026
- Immolation – „Descent” (2026) - 29 marca 2026
Tagi: 2023, death metal, Merciless Death, recenzja, review, Sick Sanctities, thrash metal, Thrashing Madness.






