Zespoły grające melodyjny death metal mają przesrane. Są tylko dwie ścieżki do wyboru: albo grasz cukierkowo, albo grasz, jak nazwa gatunku wskazuje, śmierć. Z takim podejściem sięgałem po tę płytę, ale po wielu odsłuchach mogę z dumą powiedzieć: myliłem się. I jest mi z tym dobrze.
Znalazłem ich zupełnie przez przypadek, mimo że mógłbym to zrobić wcześniej. W jaki sposób? Wokalista, chociaż mieszka w Niemczech, jest z pochodzenia Polakiem. Tomek Wiśniewski w Dawn of Disease gra już od 13 lat i jak przystało na niemieckie towary eksportowe, robi to siejąc prawdziwe zniszczenie. Ale mimo że to trzecia ich płyta studyjna, dopiero rozpoczęli współpracę z wytwórnią z prawdziwego zdarzenia – pod swoje skrzydła wzięła ich Napalm Records. Dzięki temu ich twórczość została po raz pierwszy w działalności zespołu należycie wypromowana, a to oznacza że my możemy ich w końcu posłuchać. Do tej pory niewiele osób słyszało o nich w naszym kraju.
To tyle jeśli chodzi o powstanie krążka „Worship The Grave”. Co na nim znajdziemy? Na single, które go promowały będziemy musieli chwilę poczekać – otwiera go utwór zupełnie świeży, tytułowy. I już na początku pojawia się niemałe zaskoczenie – jest ciężko. Riff, zwierzęce przywitanie wokalisty i jak na razie zero cukierkowości. Chwilę później przyjemny dla ucha growl. „We are coming from the emptiness abandoned by mankind” – już w pierwszych słowach wykrzyczanych na albumie możemy usłyszeć, że całość będzie typową dla swojego gatunku (co nie znaczy wcale, że złą) odą do śmierci i nicości. A co z melodyjnością w warstwie muzycznej? Naturalnie, pojawia się. Po jakimś czasie. Zespół zaskakująco płynnie przechodzi od łojenia do grania swego rodzaju ballady. Słychać tu inspiracje szwedzkim death metalem, na przykład In Flames z czasów Whoracle. One pozostają aż do końca płyty, ale nie oznaczają że Dawn of Disease kogokolwiek naśladują – grają coś własnego, coś co z jednej strony brzmi ciężko, a z drugiej jest melodyjne i zapada w pamięć. Bardzo ciężko jest połączyć te dwie cechy na co dzień osobno występujące w death metalu, a jednak im się to udaje. I chwała im za to.
Następne kawałki to na zmianę – łojenie i melodie. Nie brakuje na płycie wolniejszych, nieraz mrocznych wręcz riffów (jak ten z końcówki Enwrapped In Guts), nie brakuje szalonych solówek niczym prosto z klasyki heavy metalu – przede wszystkim nie ma tu nudy. Całość trwa niewiele ponad 40 minut, po przesłuchaniu których chce się sięgnąć po nią jeszcze raz. Już od pierwszego przesłuchania szczególnie zapada w pamięć utwór Ashes, gdzie zespół po raz kolejny wybiera się na muzyczną wycieczkę do Göteborga, ale gdzie wcale tego nie ukrywają – i wszystko tylko po to, żeby zaskoczyć nas w połowie tego kawałka całkowitą zmianą i riffem, do którego każdy potrzęsie głową. The Sky is Empty, który płytę zamyka, jest prawdziwym mistrzostwem – wisienką na tym niemieckim torcie. To moim zdaniem najlepszy kawałek z Worship The Grave i mała zapowiedź tego, co nas czeka od Tomka Wiśniewskiego i spółki w przyszłości. Kto by w ogóle pomyślał, że osoba o takim nazwisku może mieć jakikolwiek talent. Dawn of Disease już teraz są bardzo dobrzy w tym co robią, ale jeśli będą dalej nagrywać płyty na takim poziomie, a nawet jeśli będą się rozwijać (bo mając kontrakt z Napalm Records nie ma ku temu przeszkód) to nie pozostaje nic innego, jak tylko czekać na ich kolejne dokonania. I teraz najważniejsze – mówi to osoba, która na co dzień nie trawi melodyjnego death metalu.
Ocena: 8/10
Autorem jest Piotr Harmasz.
- SUMMER DYING LOUD 2026 ujawnia pierwszych 11 wykonawców! - 29 stycznia 2026
- ZAUŁEK: premiera płyty „W Lustrach Anten” - 29 stycznia 2026
- Pomorski PERPETUAL wypuścił nowy singiel „Meadows & Mires” - 29 stycznia 2026
Tagi: 2016, Dawn Of Disease, death metal, Napalm Records, Piotr Harmasz, recenzja, review, Tomasz Wisniewski, Worship The Grave.






