Przejdź do treści

DEATHCULT – „Cult of the Dog” (2026)

22

Trylogii część trzecia i ostatnia. Cult of the Dog to nowa propozycja norweskich okrutników z Deathcult – i zarazem triumfalny powrót po dziewięciu latach milczenia, powrót tak nagły i lodowaty, jakby ktoś otworzył drzwi do dawno zapomnianej, skutej mrozem świątyni. Na następcę Cult of the Goat przyszło nam czekać długo, lecz cierpliwość została wynagrodzona. Deathcult wraca z albumem, który nie tylko dorównuje poprzednikowi, lecz chwilami wręcz go przewyższa, jakby zespół odnalazł jeszcze głębsze źródło tej pierwotnej, norweskiej czerni. Cult of the Dog brzmi jak rytuał odprawiany w zimie, wśród skał i śniegu, gdzie każdy riff jest jak ostry podmuch arktycznego wiatru, a każdy wokal wwierca się w mózg niczym metalowy kolec. To black metal w swojej najczystszej, tradycyjnej postaci. Surowy, mroźny, nieprzejednany. Album, który nie próbuje niczego unowocześniać, lecz przypomina, że prawdziwa siła tej muzyki tkwi w chłodzie, w dzikości, w bezkompromisowej prostocie. Deathcult nie wraca, by się tłumaczyć. Wraca, by przypomnieć, że północ wciąż potrafi gryźć.

Nagrany z legendarnym Pyttenem w Grieghallen, Cult Of The Dog serwuje black metal na najwyższym poziomie. Bez kompromisów, bez głaskania po głowie, bez klepania po ramieniu.

Otwierający płytę Dogs of War chłoszcze słuchacza niczym piekielny bat. Pierwszy cios spada natychmiast, bez ostrzeżenia, jakby zespół chciał od razu ustawić granice – tu nie będzie miejsca na oddech. Cynocephalus nie zamierza zwolnić, przeciwnie, dokłada kolejne warstwy furii, aż brzmienie zaczyna przypominać polowanie, w którym to słuchacz jest zwierzyną. Każdy riff jest jak kolejny pazur, każde przejście perkusji jak uderzenie w skronie, a atmosfera gęstnieje do poziomu, w którym zaczyna się odczuwać czyste przeciążenie.

I kiedy wydaje się, że może wreszcie nadejść chwila wytchnienia, album zamyka bezkompromisowy Imperium Satana. Utwór, który nie podsumowuje, lecz zbiera żniwo zasiane na samym początku. To nie finał, to egzekucja. Całość zapętla się w brutalnym cyklu – od pierwszego uderzenia do ostatniego ciosu album nie daje nic poza intensywnością, która w pewnym momencie zaczyna działać jak fizyczny ciężar. To właśnie ten moment, w którym zamiast oczekiwania na dalszy rozwój, zaczyna się rodzić pragnienie końca. Nie dlatego, że muzyka jest słaba, lecz dlatego, że jest zbyt konsekwentna w swoim okrucieństwie.

Pod względem produkcyjnym album operuje w estetyce, która z premedytacją odrzuca jakiekolwiek wygładzenie. Brzmienie jest surowe, niemal ascetyczne, ale nie w sposób przypadkowy, to świadoma decyzja, która ma podkreślić brutalny charakter materiału. Gitary nie są tu nośnikiem melodii, lecz narzędziem nacisku. Perkusja nie buduje dynamiki, tylko wymusza ją, jakby każdy werbel był kolejnym rozkazem. Atmosfera jest gęsta do tego stopnia, że zaczyna przypominać rytuał w zamkniętej przestrzeni, gdzie powietrze stoi w miejscu, a każdy dźwięk odbija się od ścian jak echo w podziemnej krypcie. W gatunku, który od lat flirtuje z przesadą, teatralnością i techniczną brawurą, ten album zajmuje miejsce osobliwe. Jest jak manifest powrotu do korzeni, ale korzeni nieprzyjaznych, niekomfortowych, wręcz wrogich. I właśnie tu ujawnia się jego paradoks – intensywność, która początkowo działa na korzyść, budując aurę nieustannego zagrożenia, z czasem zaczyna pracować przeciwko całości. Brak kontrapunktów, brak chwil oddechu, brak jakiejkolwiek dramaturgicznej modulacji sprawia, że album staje się monolitem. Imponującym, ale męczącym. To muzyka, która nie pozwala słuchaczowi wejść i wyjść. Ona go po prostu zamyka, a potem testuje jego wytrzymałość. W efekcie powstaje dzieło, które jednocześnie fascynuje i odpycha. Album, który w swojej bezkompromisowości osiąga coś rzadkiego, ale też płaci za to cenę, bo jego siła jest tak totalna, że zaczyna działać jak ciężar, nie jak napięcie.

Deathcult nie próbuje przesuwać granic black metalu. Oni raczej wypalają na nich swój znak, jakby chcieli przypomnieć, że ta muzyka od zawsze była surowym, nieoszlifowanym kamieniem w norweskiej tradycji. Cult of the Dog brzmi jak rytuał odprawiany w ciemnym lesie, bez ozdobników, bez fałszywej teatralności, z przekazem prostym jak uderzenie w zimną skałę. Ten album nie szuka innowacji, bo jego siła tkwi w niezmienności, w powrocie do instynktu, który kiedyś rozpalał ogień pod całą sceną. Deathcult przypomina, że black metal nie musi się wyginać, żeby pozostać żywy. Wystarczy, że jest grany z przekonaniem, z dumą, z tą nieprzejednaną bezceremonialnością, która wali prosto w twarz i zostawia echo długo po ostatnim dźwięku. To zamknięcie recenzji, ale nie zamknięcie rozmowy, bo Cult of the Dog zostaje w głowie jak noc, która nie chce się skończyć. Hoest, Thurzur, Skagg i Lava nagrali album w tradycyjnej formie, i choć ta forma jest dobrze znana, to w ich rękach odzyskuje ostrość, której wielu dawno już nie potrafiło wydobyć.

 

OCENA: 9/10
Adam Pilachowski
Latest posts by Adam Pilachowski (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)