Dizel – „Autopleasure” 2020

dizel autopleasure
  •  
  •  
  •  
  •  

Wjeżdżamy z waszą codzienną porcją brudnego rock’n’rolla i czczenia Motorhead i Ramones. Po raz trzeci już Dizel ze swojej piwnicy wypuszcza zestaw tego, co tygryski lubią najbardziej. Po albumach Get Rude i M.I.L.F., które raczej nie pozostawiały wiele wątpliwości co do tego, co ten kwartet lubi grać, przychodzi nam potańczyć do Autopleasure. Ciekawa rzecz: Dizel zrobili cały album w odcieniach szarości, ale muzycznie jest tu nawet bardziej kolorowo niż na dwóch poprzednich. Punkt wyjścia jest znany i lubiany. Niezbyt wydumane, ale chwytliwe piosenki na kilku prostych riffach i bez wymyślnego przesłania, riffy z Ace of Spades, Bomber i Rocket to Russia podane na kilka kolejnych sposobów (vide We’re Cool (& Deserve Death) lub Nobody Likes Us) plus parę mniej lub bardziej poważnych historyjek. I wiecie, opanowanie takiej stylistyki do poziomu, na którym granie byłoby satysfakcjonujące nie tylko dla grającego, ale też dla słuchającego, jest wbrew pozorom trudne. Ale Dizel ten etap już mają za sobą, a na Autopleasure rozpoczęli kolejny: ostrożne dorzucanie różnych przypraw. W ten sposób prosty niby rock’n’roll troszeczkę ożył i nabrał rumieńców. Ingrediencje lądujące w tym garze są bardzo różne. Tytułowy numer nie dość, że został dopalony chwytliwym, acz odpowiednio prostym refrenem, to dostał jeszcze gustowne partie saksofonu – to wszystko nadało mu sznyt niewypłowiałego Kultu, któremu się jeszcze chce. Co innego zostało przemieszane w Here Comes the Sweat Again, punkowej parafrazie świetnego zresztą numeru Annie Lennox. No One Will Came Out Alive z kolei przytulił trochę bardziej stonerowych klimatów i serwuje wycieczkę od najwolniejszych dwóch minut do najszybszej minuty na całej płycie. Jeszcze coś? Proszę bardzo, na przykład szczypta zaflegmionej americany w No Train To Take Me Home. Czasami mam nawet wrażenie, że tu i tam pojawia się jakiś chłodniejszy oddech zimnej fali, ale sam już nie wiem, czy sobie tego przypadkiem nie wkręcam.

Jest jeszcze jeden element, który na Autopleasure nabrał wyrazistości. Dizel, zamierzenie lub nie, ale na pewno wzorem tuzów gatunku, zaczęli szafować prostymi, wpadającymi w ucho melodiami na tyle skutecznie, że potencjalnie każdy z trzynastu numerów z płyty mógłby wylądować na ścieżce dźwiękowej do kolejnej edycji Tony Hawk’s Pro Skater. Jednocześnie aranżacyjnie płyta kładzie na łopatki całą masę punkowo-rock’n’rollowych wytworów. Żeby się o tym przekonać wystarczą dwie minuty i siedemnaście sekund otwierającego album strzału Beyond the Laughing – sprawdźcie, ile w tym niby prostym numerze się tak naprawdę dzieje. A to tylko pierwszy przykład z rzędu. Rock’n’roll został tu bowiem podany w tej lepszej, muzykalniejszej wersji, nie sprymityzowany do postaci przepoconego t-shirtu z wilkiem wyjącym do księżyca. Autopleasure to ta jego najlepsza wersja, brudna jedynie w założeniu, bo nawet brzmieniowo wypolerowana przez Haldora w Satanic Audio tak, że można się w niej przejrzeć i zakręcić wąsa.

Autopleasure bardzo skutecznie wybija Dizla (Dizela?) z grona zespołów będących po prostu kolejnymi klonami Motorhead, Misfits czy Black Flag i pokazuje grupę jako samoświadomą, robiącą coraz większy użytek z niemałych możliwości aranżacyjnych i wyobraźni muzycznej, a wszystko to z poszanowaniem źródeł inspiracji. Jeśli masz już po dziurki w nosie tych wszystkich smęcących swoje melodyjki na nieprzesterowanych gitarach Islandczyków i Norwegów pozujących do zdjęć na średniowiecznych łodziach w towarzystwie instrumentów, których nie zna nawet Wikipedia, i szukasz czegoś, co będzie jednocześnie świetne, proste i szczere, zafunduj sobie samemu przyjemność (nomen omen) z Autopleasure.

 

10/10

Dizel na Facebooku – tutaj.

Sprawdź też: Octopussy, Piołun, Hydra, Diuna, Sold My Soul, Captain Ape, Hellectricity, Piledriver

nmtr

Tagi: , .