Dziwnym zbiegiem okoliczności, kiedy sięgam po wydawnictwa black metalowe, w 70% są to płyty francuskich zespołów. Scena ta, muszę przyznać, najbardziej mnie interesuje. W eksploracji tych muzycznych krain poznałem pochodzący z Troyes zespół o nazwie Embryonic Cells. Jak się okazało, ci starzy wyjadacze z francuskiego podziemia istnieją nieprzerwanie od 1994 roku. Mają na swoim koncie cztery albumy, co nie jest szczególnie wielkim wyczynem, przede wszystkim przez to, że wszystkie wyszły dopiero po 2007 roku. Obiekt tej recenzji nosi tytuł Horizon i jest to ich ostatnia pozycja wydana pod koniec listopada 2018 roku, dzięki znanej mi już z innych ciekawych wydawnictw francuskich wytwórni Apathia Records.
Jak to zawsze bywa, zanim przesłucham dany album, zadowalam swoje oczy widokiem poligrafii. Horizon wydany jest bardzo okazale, a grafiki w nim zamieszczone przyciągają, by poznać zawartość krążka. Studiując wizję zespołu, zaznajomiłem się również z ich przesłaniem, na przykład tym, że hołdują pierwszej fali black metalu, że ich riffy są ostre niczym śnieżna zamieć, a klawisze atakują swych wrogów niczym lodowe duchy… To wszystko sprawiło, że liczyłem z góry na ciekawe efekty.
To, co znalazłem na zawartości Horizon nie było – według mojej skromnej opinii – wcale a wcale hołdowaniem pierwszej fali blacku. Mógłbym raczej stwierdzić, że słychać tu co prawda „pierwszą falę” – ale norweskiego black metalu, pod czym również nie podpisałbym się w 100%. Styl, w jakim poruszają się Embryonic Cells na Horizon to symfoniczny, momentami orkiestrowy oraz okazjonalnie melodyjny black metal, a raczej nie tym charakteryzowało się brzmienie pierwszej fali norweskich black metalowych kapel.
Paradoksalnie to klawisze są tym, co mnie najbardziej w muzyce Horizon przyciąga. Struktury te nie są może mistrzowskie, lecz istnieją momenty, które potrafią ponieść. Aranże gitar też robią na tej płycie niezłą robotę. Niektóre z riffów tego wydawnictwa potrafią zapaść w pamięć, co jest dużym plusem dla samej muzyki. Jednakże, co irytuje mnie niezmiernie w całokształcie tego albumu, to wokale. Max, wokalista i gitarzysta jednocześnie, wprawdzie buduje atmosferę, swojego rodzaju dialog, czyli łączy growl i typowy blackowy skrzek. Jednak w jego wokalach brakuje żywiołowości, do tego brzmią sztucznie, w szczególności właśnie ta black’owa strona. Zaś muzyczne aranżacje Horizon są dość przewidywalne, więc porywających momentów, nie jest zbyt dużo. Żaden z numerów nie zachwycił mnie od początku do końca. Szczerze mówiąc, to w 80% podobają mi się z całej płyty (głównie muzycznie) tylko dwie ostatnie kompozycje.
Pierwszy To Horizon, przedostatni numer tej płyty, kiedy Panowie z Troyes w końcu na chwilę zwalniają, dają się poznać z innej strony, bardziej lirycznej. Przez cztery minuty trwania tego numeru tworzą rozmarzoną atmosferę, by pod koniec zaatakować słuchacza prymitywnym czarnym mocnym riffem. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie jedna rzecz, która odrzuciła mnie momentalnie w tej fazie utworu – wokal. Jak pisałem wyżej, wokale są słabą stroną tego albumu, a tutaj nałożono jeszcze do tego jakiś przedziwny efekt, który burzy cały klimat kawałka. Podobnie jest z zamykającą album, drugą kompozycją, którą doceniam, czyli No Boundaries, w nim również niektóre partie wokali brzmią sztucznie.
Horizon to album, jakich jest tysiące, może więcej, kto to zliczy? Mi nie przypadł do gustu, ale może znajdą się gdzieś słuchacze, którzy docenią kunszt tych blackowców. W końcu każda kapela ma swoich oddanych fanów.
Ocena: 5,5/10
Embryonic Cells na Facebooku.
Apathia Records na Facebooku.
- Demande à la Poussière – „Demande à la Poussière” (2018) - 7 lipca 2019
- Venflon – „Czerń” (2019) - 2 lipca 2019
- Windhand – „Eternal Return” (2018) - 26 czerwca 2019
Tagi: 2018, Apathia Records, black metal, Embryonic Cells, Horizon, recenzja, review.







