Fredag den 13:e – „Domedagar” (2015)

Pierwsze wrażenie: dafuq is dat. Fredaga wyciągnąłem z paczki od EveryDayHate, w której spodziewałem się tylko jednej płyty, zupełnie nie tej. Drugie wrażenie: cały czas dafuq is dat. Szybki rzut oka na, skądinąd bardzo miłą memu oku, okładkę potwierdził, że nie mam najmniejszego pojęcia, co to może być. Nazwa, tytuł płyty i tracklista składająca się w całości z dziwnych słów w niczym nie pomogła.

Trzecie wrażenie, czyli chwilkę po tym, jak wrzuciłem krążek w napęd: dajcie więcej. I bardzo szeroki uśmiech na japie.

Fredag den 13:e, czy jak sam sobie (biednie i możliwe, że niewłaściwie) przetłumaczyłem, Piątek 13-go ujął mnie od pierwszych dźwięków. A to się rzadko zdarza. Szczególnie, gdy mowa o generalnie ujętym punku (od razu się umówmy: crust to nie punk. Crust to grind). Punk zazwyczaj mnie nudzi a jego teoretycznie z miejsca porywająca energia niespecjalnie ma na mnie wpływ. Zazwyczaj, ale nie tym razem. Tym razem jestem pod wrażeniem mocarności, jaką Szwedzi do swojej muzy przemycają.

Domedagar jest, zdaję się, drugim pełniakiem w karierze F13, trwa ciut ponad pół godziny i został nagrany w Fuck Life Studios (możliwe, że nie wiesz, co to znaczy, ale to dobrze. Nie, że nie wiesz. Dobrze, że FLS). Na ładniutko wydanym krążku znajdziecie 13 utworów utrzymanych w stylistyce hardcore punku, tu i ówdzie wymieszanego z crustową przemocą. Brzmi jak wpierdol, racja?

Nope, brzmi jeszcze lepiej. Od pierwszych dźwięków Apokalypserna Anfaller, do ostatnich nut I Ett Nav Av Forljugenhet (mam nadzieję, że dobrze rozczytuję szlaczki z książeczki) Fredagi trzymają za ryj i nie chcą nawet na chwilę puścić. Szybkie, naładowane pozytywnym łomotem numery, chwytliwe i proste riffy, nieskomplikowane i energetyzujące bicia, zdzierane voxy, z którymi chce się razem krzyczeć: to wszystko tu znajdziecie. Znajdziecie też świetne solówki, podkreślające klimat, wesoło brzmiące i po prostu idealne do tej stylistyki. Szukasz krążka na brud-imprezę albo zespołu na koncert? Śmiało możesz wybrać F13. W tym, co robią, są świetni. Domedagar składa się w całości z hitów. To nie są utwory, to są genialne piosenki. Podobne do siebie, ale ciągle pyszne w odsłuchu. Na tyle pyszne, że trudno mi nawet wybrać faworyta. Pi razy obwód Ryszarda Kalisza, na chwilę obecną wybiorę Varje Dag Ar En Domedag, choć jutro może się zmienić. Po części dlatego, że podobne. Po części, że CeDek jest bardzo równy.

A co, jeżeli szukasz czegoś więcej? Cóż, poza wspomnianymi solówkami, riffami i wokalami nie znajdziesz tu… nic. Kompozycja każdego kawałka jest (prawie) taka sama. Gdy się wsłuchać w poszczególne motywy, to też są podobne. Wokal? To samo przez całą płytę. Do tego Domedagar trwa za długo jak na takie harce. Pod koniec, siłą rzeczy, już po prostu nuży. Ale do tego momentu: jest pięknie.

Jak już powiedziałem, Fredag den 13:e zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. To jedna z tych płyt, których świetnie się słucha w drodze, a jeszcze lepiej w biegu. Jej energia po prostu nosi. Tak samo świetnie sprawdziłaby się na żywo bądź jako tło do intensywnych przeżyć. Poza tym jest dowodem, że rock’n’roll ma wiele twarzy, a żadna nie umiera. Chciałbyś/-aś usłyszeć Motorhead albo D.R.I. w wersji ciut cięższej? Silwuple, jak to mawiają w Australii. Tylko nie przedawkuj.

Ocena: 8,5/10

Kapitan Bajeczny
Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , .