Graben – “Graben” (2015)

Pobawmy się w ” na podstawie okładki zgadnij, co to za gatunek”. Trzy, dwa, jeden, start!.
.
.
.
.
.
Co wymyśliłeś?
Mi wyszedł BDSM (albo DSBM, zawsze mi się myli).
A tu okazuje się, że punki.

Graben to młody, zespół zza zachodniej granicy. Rzeczone nagranie jest ich pierwszą prawdziwą płytą. Wcześniej było niby demo, ale uznaję je jako zapowiedź tego krążka. Wydanie, którym się zajmuje, świat ujrzało w sierpniu ubiegłego roku, jest bardzo ładne, dwunastocalowe i rozpowszechniane przez WOOAAARGH do spółki z Sengaja Records. Zawiera jedenaście utworów, dających razem circa pół godziny.

Wzięła mnie z zaskoczenia ta płyta. Nie spodziewałem się jej (choć, prawdę mówiąc, nie miałem zielonego pojęcia, co mi WOOAAARGH przyśle), nie spodziewałem się takiej okładki i nie spodziewałem się takiego startu. Bo pierwsze chwile spędzone z Graben brzmią Szwecją z dziewięćdziesiątych, kiedy Entombed pokazywało nam coś lewą dłonią. I nie chodzi tylko o stronę produkcyjną i samo brzmienie instrumentów, chodzi też o przebłyskujące tu i ówdzie, a najczęściej na pierwszym Bose (z umlałtem, ale nie umiem robić umlałtów). W połączeniu z graną przez nich mieszanką hardcore punku, crustu, a i hard rocka czasami, wychodzi bardzo ciekawie smakujący… grind’n’roll może? Anyway, brzmi ładnie. Sami muzycy też stwierdzili, że im wyszło, bo kolejny Falscher Stolz jest prawie taki sam. I jeszcze jeden w środku. Rozumiem, że motyw charakterystycznych melodyjek jest dobrym i nośnym tematem, ale co za dużo to niezdrowo.

Na szczęście płyta jest trochę bardziej urozmaicona. Nie samą Szwecją człowiek przecież żyje, mamy więc też szybki, crustowy Grau, mamy Damonen (znowu umlałt) brzmiący dla mnie pół na pół, punkowo i hard rockowo, mamy dobrze zrobiony Mangel. Z drugiej strony jest stanowczo zbyt ślamazarny Graben #1 oraz Unheil, które jest klawiszowym intrem do Kartenhays, a które samo w sobie brzmi całkiem-całkiem, ale tutaj jest po prostu nie na miejscu. Przyczepię się też do samego brzmienia wokalu, na moje ucho brzmiącego jak słabsza wersja Ryana Johna McKenney’ego z Trap Them. A jeżeli już marudzę: cały krążek jest za mało agresywny. Niby jest dość szybko, niby pojawiają się czasem blasty i mocniejsze partie, jednak do odpowiedniego poziomu przemocy jeszcze daleko. Tak jakby Greben tylko udawali tą agresję. Sytuacja jak w ogromnej większości metalcore’ów, gniew jest tylko stylistyczny, wymyślony.

Możliwe, że się z tym wyrobią, choć ciężko mi w to uwierzyć. Agresję się czuje, jej nie trzeba się uczyć. A może po prostu nie potrafili jej odpowiednio przerzucić na dźwięki. A może po prostu to ja oczekuję za dużo przemocy i to tak miało być? Mam wrażenie, że sporej części ludzi się to spodoba, jako nasterydowany punk po szwedzku. Dla mnie to po prostu za miękkie. Na bandcampie w całości do odsłuchu.

PS: nie wiem, co za geniusz uznał, że na czarnym tle najlepiej zastosować szare literki, ale zasługuje na głębokie HWDP.

Ocena: 6/10

Kapitan Bajeczny
Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , , .