Hazael – „Thor” (1993/2025)

Od jakiegoś czasu ptaki ćwierkały o domniemanej reedycji legendarnego Thora zespołu Hazael, na którą bardzo się cieszyłem. Materiał niby był wznawiany od czasu premiery w 1993 roku, ale można było wyczuć namacalny deficyt, a płacenie za CD sum rzędu 200/400 złotych to sport nie dla mnie. Zgodę na wyprodukowanie nowej wersji udało się wywalczyć old schoolowcom z Thrashing Madness Productions, co może być gwarantem, że płyty na jakiś czas wystarczy. Wydawnictwo to potrafi zadbać o konkretny nakład. Album ostatecznie ukazał się pod koniec marca bieżącego roku i można go zamawiać bezpośrednio od wytwórni.

Thora słuchałem już jako dzieciak, zdobyłem od starszego kumpla kasetę, a następnie wybłagałem o jej przegranie, bo posiadał zestaw Technicsa, co w połowie lat 90. było lansem ponad miarę. Następnie skserowałem okładkę i zostałem posiadaczem pirata, którego zajeżdżałem bardzo często. Album ten wyróżniał się już wtedy i do dziś zachował pierwiastek oryginalności. Zespół z praktycznie thrashowego bandu przeistoczył się na nim w zamiłowanych w skandynawskiej mitologii death metalowców i wygrał wszystko. Silne inspiracje Skandynawią w tekstach, spore wpływy tamtejszej sceny DM w połączeniu ze słowiańską krwią i „naszym” spojrzeniem na sztukę ekstremalną dało album nietuzinkowy. Jest to płyta bogata w środki, wpuszczająca rozwiązania nietypowe dla metalu, takie jak damskie wokale, klawisze i częste partie nieprzesterowanej gitary, co mogło kojarzyć się trochę z pierwszymi eksperymentami grupy Therion (z tym, że ich Symphony of the Massess – Ho Drakon Ho Megas ujrzał światło dnia także w 1993 roku i nie mógł stać się bezpośrednią inspiracją). Polacy poprowadzili swą sztukę w te rejony samodzielnie, inspirując się zapewne drogą Celtic Frost i innych twórców niebojących się wzbogacać metalowej sztuki o nowe wpływy. Nie zmienia to jednak faktu, że Thor pomimo swego rozbudowania nadal jest czysto deathmetalowym albumem, który może być śmiało postawiony choćby obok debiutu Unleashed. Dziesięć kompozycji składających się na album opartych jest na silnych riffach, motorycznym graniu i wojowniczych krzykach wokalisty, i aż dziw bierze, że w naszym kraju mógł powstać tak naturalnie brzmiący, czerpiący ze Szwecji krążek.
Historia zespołu niestety pokazała, że był to jednorazowy strzał, bo następne materiały nie trzymały poziomu. Wiele się o nich mówi, w tym o naciskach wytwórni, o końcu death metalu, ale fakt jest taki, że When the Sun is dead… (1996) i The Kiss and the Other Movements (1998) nie były tak dobre, a wręcz da się odczuć, że zespół zagłębiał się w rejony wymuszone. Bez dwóch zdań Hazael mógł zajść dalej.

Co do wyglądu wznowienia, to tradycyjnie Thrashing puściło je na grubym, kredowym papierze z bogatym wnętrzem, sprawiając, że poza dużą wartością muzyczną, płyta cieszy też oko. Wznowienie to było na pewno potrzebne. Lata lecą, a mit Hazael nie został zapomniany. Polecam wydawnictwo tak starym maniakom, jak i ludziom młodszym, którzy minęli się w czasie z jego premierą, bo jest to zdecydowanie jedna z ważniejszych płyt polskiego death metalu.

Thrashing Madness na Facebook’u.

(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , .