HELL – BORN – „VII” (2026)

9 października ukarze się płyta, na którą czekała duża część szatańskiej, metalowej Polski. Zespół złożony jest z muzyków wielce zasłużonych i zaangażowanych w ekstremalną scenę, a sam projekt odcisnął swoje na niej piętno. Mowa o piekielnym Hell – Born i ich nowych hymnach, które znalazły się na siódmym albumie, zatytułowanym po prostu VII. Za wydanie tego czarciego dzieła na sądzie ostatecznym tłumaczyć się będzie Deformeathing Productions.
Na początku tekstu muszę wyznać, iż – pomijając debiutanckie Ep zespołu – jakimś specjalnym fanem nigdy nie byłem. Kto trafia na moje recenzje, ten mógł już wybadać, że omijam death/black metalowy odłam, w którym porusza się Hell – Born i który w sumie z kilkoma innymi bastardami budował. Średnio mi siedzą te klimaty, z małymi wyjątkami oczywiście. Stąd, gdy nadarzyła się okazja na napisanie tego tekstu zacząłem się migać. Jednakże wydawca przysał mi go przedpremierowo i kazał sprawdzić „bo dobry”, a więc „przyparty do muru” rozfoliowałem go i już bez ociągania przystąpiłęm do odsłuchu.
Uderzyło we mnie momentalnie staroszkolnym death metalem. Hell – Born zawsze grał dosyć siłowo i to się nie zmieniło. Muzyka na VII utrzymuje „przemocowy” i bezpośredni charakter, lecz nie zapomina się tu o klimacie, który pojawia się we wpływach czarnego metalu. Ujawnia się on głównie w pracy gitar, ich harmonie robią tu za piewcę diabelskiej obecności. Przy niespecjalnie urozmaiconym materiale, takim jak ten, jest to zabieg bardzo dobry, agresja balansuje tu z bardziej atmosferycznym chłostaniem i zapewnia to brak monotonii czy nudy. Siedem kompozycji płynie przez głośniki jedna za drugą i słucha się ich dobrze. Z death/blackmetalowego monolitu czasami wyłoni się bardziej thrashowy patent, czasem coś w stylu Venom czy Bathory, i te motywy można tu odbierać za „przebojowe”. Dla przykładu wymienię zbudowany na blackowym riffie The One with Horns, w którego środkowej części pojawia się fajny, thrashowy przerywnik wzbogacony zapamiętywalnym „I am the One”, które w finałowej części przeistacza się w „I am the One with Horns”. Dobrze to siedzi i daje słuchaczowi powód do powrotu do krążka, a najważniejsze, że nie jest to odosobniony przypadek.
Ciężko też przejść obok brzmienia VII obojętnie. Studio Creme De La Creme poznałem przy okazji debiutu projektu Moria i wraz z nowym Hell – Born dochodzę do wniosku, że możemy mieć do czynienia z narodzinami miejsca idealnego do realizacji diabelskiej muzy, gdzie potrzebny jest brudny, a zarazem możliwie naturalny sound. Album brzmi mocno, ale jest to siła uzyskana bez przesadnego, sztucznego ubijania masteringu.
W końcówce tego tekstu muszę jeszcze wywlec jedyną rzecz, jaka mnie maksymalnie uwiera. Jest nią okładka i grafiki na płycie. Niestety Hell – Born od zawsze wybiera słabe covery, ale grafiki z VII po prostu mają się nijak do poziomu z czasów obecnych. Kojarzą mi się z wczesnymi sztampowymi, totalnie sztucznymi pracami Graala z końca lat 90. Obrazek jest płaski, plastikowy i stoi w totalnej opozycji z old schoolowym stylem płyty, którą zdobi.
Nowy Hell – Born to żadne zaskoczenie pod względem muzycznym, bo band kroczy swoją ścieżką nieugięcie od lat. Zaskoczeniem jest to, że udało mu się po tylu latach istnienia wciągnąć mnie do swojego piekła. Zawsze czułem szacunek do założycieli tego projektu, aczkolwiek nie byłem w stanie się w ich dzieła wgryźć. VII przełamało tę passę i mogę szczerze napisać, że jest to album, który mi się podoba, i który polecam Wam do sprawdzenia. Jest to materiał skierowany głównie do prawdziwków i purystów, ale jest w nim coś więcej niż tylko sataniczny rzyg. Wulgarność i atak tej produkcji ma miejsce bytu tylko w zwarciu z atmosferą przestrzennych, blackowych riffów i tu upatrywałbym największej mocy albumu.
- HELL – BORN – „VII” (2026) - 8 października 2026
- BOLT THROWER – „In Battle There Is No Law!” (1988/2026) - 26 września 2026
- MOTÖRHEAD: jubileuszowe wydanie albumu „Orgasmatron” - 25 września 2026