Pierwsza reakcja na Endless Serpents – całkiem fajne, taka litewska wersja Saint Vitus. Czyli dokładnie tak, jak napisano w informacji prasowej: oldschoolowy doom metal.
Druga reakcja – czy ja cały czas słucham tego samego utworu, czy może wszystkie są do siebie bardzo podobne? Niestety choć bardzo próbuję, nie mogę się pozbyć tego wrażenia. Ale też nie jest tak źle jak myślicie. Wydaje mi się, że fani powolnego grania spoglądającego z sentymentem w klasyczne dla rocka rejony mogą być nagraniem duetu Hellhookah zainteresowani, choć mam opory przed przyznaniem Endless Serpents jakiejś wysokiej noty. Jak tylko znajduję jakąś zaletę, od razu wychwytuję także równoważącą ją wadę. I co z taką płytą zrobić?
Po pierwsze: Endless Serpents naprawdę brzmi jak niski pokłon dla Saint Vitus i podobnych im kapel. Jeśli wspomniane przeze mnie wcześniej określenie „oldschoolowy doom metal” spowodowało, że przypomnieliście sobie o Candlemass, to prostuję – to nie do końca odpowiedni kierunek. Przypomnijcie sobie raczej tę scenę na pograniczu doom metalu i stonera, mocno zjaraną, lubującą się w brudnym brzmieniu i okultystycznych klimatach. Tam znajdziecie Hellhookah. Zresztą, Endless Serpents kończy się coverem Saint Vitus (oczywiście jest to Born Too Late, jakby SV nigdy nie nagrali innych wartych uwagi utworów. Potraktujmy ten wybór jednak jako pewną deklarację stylistycznej przynależności).
Po drugie: chyba warto wspomnieć, że Hellhookah to duet: perkusja plus gitara/wokal. Samo ograniczone instrumentarium sprawia, że nie powinniście spodziewać się jakichś rozbudowanych aranżacji i innych fikołków. Endless Serpents to zbiór dość prostych w gruncie rzeczy utworów. Wszystko siedzi na riffach, nieśpiesznych tempach i jednostajnych partiach wokalnych. Do tego rytm: bez rytmu nie byłoby całej tej sceny, a Hellhookah biją miarowo. Może stąd to wrażenie monotonii?
Po trzecie: może to kwestia formy przyjętej przez zespół, może kolejna deklaracja przynależności gatunkowej na dzień dobry, ale produkcja dźwięku jest nieco nudna. Rozumiem przez to, że dźwięk jest tak brudny, tak wygłuszony i tak rzężący, że można się trochę zaziewać. Nic nie zaskakuje, bo jak zaskoczyć kogoś z pokoju obok? Chyba już nigdy nie zrozumiem tej mody.
Po czwarte: pomimo mojej dotychczasowej krytyki i jednostajności całego albumu muszę przyznać, że jest poprawny. Piosenki trzymają się kupy, choć Hellhookah są dalecy od wymyślania koła na nowo. Ale przecież nie zawsze trzeba być w awangardzie zmian. Litwini nie zawojują póki co świata, ale początek mają całkiem znośny, a to już sporo. Następny krążek pewnie z ciekawości sprawdzę, ale póki co Endless Serpents ląduje na półce.
PS. Hellhookah pod koniec marca zagrają przynajmniej jeden koncert z Polsce (póki co wiadomo o Wrocławiu, ale niewykluczone są też inne miasta). Idźcie i sprawdźcie co Litwini robią na żywo, a potem dajcie mi znać.
5/10
- Only Sons – Through the Night Again (2026) - 10 kwietnia 2026
- UKĆ – „Anomalie-Upadek konającego ćwierćwiecza” (2026) - 5 marca 2026
- Formis – „Bestiarius” (2025) - 10 lutego 2026







