Hore to kolejny po osławionej Batushce oraz nieco mniej znanym Mysthicon enigmatyczny i owiany mgłą tajemnicy projekt u rodziny pod szyldem Witching Hour Production. Z jednej strony trudno się dziwić, gdyż sława tych pierwszych oraz debiut drugiego hordu mógł podsunąć myśl o stworzeniu kolejnego tego typu projektu z dużą dozą prawdopodobieństwa, że i Hore stanie się bandem, o którym będzie się mówić, i którego „łudenboxy” w cenie milion monet za sztukę będą się szybko sprzedawały. Ale czy odgrzana po raz trzeci sztuka mięsa (nawet jeśli nie jest to ten sam kotlet) będzie nadal smaczna? Jestem pełen obiekcji.
Jedno, co trzeba przyznać Witching Hour Production to to, że jak już coś wydadzą, wszystko wygląda i brzmi jak dzieło profesjonalistów. Tak jest i tym razem. Graficznie, dźwiękowo i w ogóle całościowo album jest świetny. Jest to produkt tak wysmakowany i spójny, że w zasadzie ciężko się do czegokolwiek przyczepić. Mając jednak na uwadze fakt, że zespół tworzą podobno muzycy znani i doświadczeni, tak więc może nie ma się aż tak czemu dziwić. Największym jednak smaczkiem nie jest dźwięk i jego jakość, ale to, jak i z czego zbudowana jest muzyka.
A muzyka od początku do końca jest po prostu… chora. Miks post black metalu, jazzu i psychodelicznych pląsów na myśl przywodzi wrzuconą do jednego kotła i zmieszaną twórczość Furii, Shining (tego norweskiego, wczesnego!), Mgły, Odrazy i może jeszcze solowych dokonań Ihsahna. Tematycznie mamy zaś miks polskich wieszczów (Mickiewicz i Słowacki), osadzonych w ludowych wierzeniach i okraszonych Goethe i Dostojewskim. Czyli też nieźle. Niby pół godziny muzyki (co zazwyczaj oznacza u mnie minus związany ze zbyt krótkim czasem trwania albumu), ale ja po pierwszym odsłuchu czułem się jak po wypiciu litra czystej. Tak więc nawet jeśli płyta nie grzeszy długością, to „mnie już nie lejcie”…
Minorowe klimaty w niskich rejestrach, cięte afonicznym zlepkiem dźwięków saksofonu, już same z siebie potrafią zrobić wodę z mózgu. Na dobitkę mamy Króla Olch, który czerpiąc garściami z goethowskiego pierwowzoru, bije smutkiem i beznadzieją aż boli. Żeby nie było tak równo, to są i kawałki czystego black metalu, takie choćby jak W Chrustach czy otwierający album kawałek Drwimy jak Grom. Klasycznym blackowym przykładem i papierkiem lakmusowym tej płyty jest także tytułowy utwór Siostry Wiedźmy. Muzyka, gdy nie jest szybka i wspomagana blastem perkusji, ciągnie się wręcz doomowo, powoli i bardzo, ale to bardzo ciężko. A niski, ołowiany, lecz bardzo wyraźny growl dobija tych nielicznych, który mogliby stwierdzić, że muzyka zawarta na Siostrach Wiedźmach nie jest jeszcze dość depresyjna. Kiedy wydaje się, że minorowy black uwiera już ponad miarę, z odsieczą nadciągają Biesy (ciekawe na ile zaczerpnięte z prozy Dostojewskiego), które dźwiękami saksofonu ożywiają nieco atmosferę albumu. Płytę zamyka utwór Księżnę dziś pochowano, który miarowym tempem z siłą i ciężarem walca drogowego rozgniata resztki umysłu. O matko! Koniec!
Siostry Wiedźmy to zdecydowanie jeden z tych albumów, który albo może zachwycić, albo spowodować odruch wymiotny. I choć porównałem go na początku do Batushki i Mysthicon, to nie ma nic ani z chwytliwą ideą pierwszego, jak i prostolinijnym geniuszem drugiego hordu. Hore to zupełnie inna bajka i inna liga, której ja, choć zaprawiony w awangardowych bojach, nie kupuję ani trochę. Doceniam jednak kunszt i pomysł i polecam ten album wszystkim tym, którzy mają nie po kolei w głowie.
Hore na Facebooku
Hore w Encyklopedii Metalu
Ocena: 7/10
- Mysthicon – „Bieśń” (2025) - 28 sierpnia 2025
- Sombre Figures – “Streams of Decay” (2021) - 15 lutego 2022
- Nigrum Tenebris – “I am the Serpent” (2021) - 14 lutego 2022
Tagi: 2021, avantgarde metal, black metal, HORE, polski black metal, polski post metal, post-black metal, recenzja, Siostry wiedźmy, Witching Hour Production.






