House of Death – „Bienvenido a la Casa De La Muerte” (2023)

House of Death to projekt, który zaistniał na polskiej scenie pod koniec 2019 roku. W jego pierwotnym składzie znaleźli się: Tomasz „Titus” Pukacki, Adam Bielczuk, Bogumił „Mr. Bo” Krakowski oraz pochodzący z Meksyku, a żyjący na stałe w Polsce, wokalista Juan Carlos Cano, który dał się poznać polskiej publiczności w programie „The Voice of Poland”. Pierwsi z wymienionych współtworzyli wcześniej grupę Anti Tank Nun, a sam Titus oczywiście legendarne Acid Drinkers. Debiutancki album Midnight Special został przyjęty z entuzjazmem, zespół zagrał trochę koncertów, po czym pandemia zamknęła wszystko. Po czterech latach, roszadach w składzie (do składu w miejsce Titusa i Mr. Bo dołączyli muzycy szczecińskiej grupy Quo Vadis) House of Death powrócił ze swoim drugim albumem o intrygującym tytule w języku hiszpańskim: Bienvenido a la Casa De La Muerte.

Nowy materiał zawiera 12 utworów i trwa niespełna godzinę. Dosyć długo, chociaż utworów jest tu więcej niż na poprzedniej płycie i są one niewiele krótsze. Zmiana z kwartetu w kwintet również ma wpływ na obecne brzmienie zespołu – kooperacja dwóch gitarzystów i dobrze pulsująca sekcja rytmiczna sprawiają, że grupa brzmi bardzo bogato i w dalszym ciągu selektywnie. Oferowane przez nich szeroko pojęte hard n’ heavy przypadło mi do gustu już po pierwszym odsłuchaniu. Głos Juana Carlosa Cano przywodzi mocno na myśl Mylesa Kennedy’ego, ale Meksykanin kroczy własną ścieżką i dobrze pracuje na własny rachunek, budując swoją markę z powodzeniem. Pompatyczne intro High Noon spełnia swoją rolę otwieracza i klimatycznie przenosi (przynajmniej mnie) na pogranicze USA i Meksyku, gdzie swoje życie poza prawem wiodą ostatni rewolwerowcy, a wjeżdżający z pełną mocą utwór Into The Fire skłania do rytmicznego machania głową. Nowa płyta zespołu ma również w sobie coś komiksowego, począwszy od rysunkowej okładki i przedstawienia muzyków jako „El Mariachi” z charakterystycznymi meksykańskimi makijażami robionymi na okoliczność Święta Zmarłych, a skończywszy na swoistej „cukierkowości” brzmienia, które mimo że rockowe i drapieżne, jest również mocno wygładzone. Brak tu wyczuwalnej chropowatości i brudu, ale zapewne takie właśnie było zamierzenie. Nie jest to oczywiście zarzut, ponieważ płyta jako całość się broni. Utwory takie jak Skills N Pills, Grave Dancing czy mój absolutny faworyt – The Reckoning, to absolutnie fenomenalne kawałki wpadające od razu w ucho. Jednak w tym wszystkim miałem problem z jedną sprawą, mianowicie z… hiszpańskojęzycznym tytułem i utworem Bajo El Obscuro Manto, a także finałowym El Mariachi z kultowego filmu Desperado. Szczególnie ten ostatni to dosyć oklepany motyw zagrany już w historii muzyki chyba na wszelkie możliwe sposoby, ale po czasie udało mi się do niego przekonać. Z jednej strony język hiszpański to ciekawy zabieg, ale czy zespół mający tylko i wyłącznie polskie zasięgi naprawdę tego potrzebuje (pomimo posiadania wokalisty meksykańskiego pochodzenia)? Koniec końców po którymś tam odsłuchaniu uznałem, że każdy element prezentujący inną kulturę, który wzbudzi chociaż minimalne zainteresowanie odbiorcy, jest wart zachodu. Miły i sympatyczny akcent.

Nowa płyta House of Death to bardzo interesująca pozycja, która zaspokoi pragnienia fanów pragnących najbardziej klasycznych brzmień rockowo/metalowych. Nie ma tu nic wbijającego w ziemię, ani wykraczającego poza schemat (może delikatnie poza elementami języka hiszpańskiego) – sama klasyka gatunku. Dostałem to, czego oczekiwałem i nie zawiodłem się. Naprawdę dobry materiał.

Ocena: 8/10

Michał Drab
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , .