Infringement – “Alienism” (2019)

  •  
  •  
  •  
  •  

Alienism uśmiechnął się do mnie pewnego słonecznego dnia ze stosiku świeżych wydawnictw, które do mnie dotarły, więc czym prędzej należało zapoznać się z albumem. Warto było, bo to wspaniała sprawa móc przewietrzyć sobie głowę czymś odległym od metalowego hałasu, nabrać dystansu i zatopić się w natchnionym, rozbudowanym graniu. Infringement to młoda, norweska grupa, która eksploruje szeroko rozumiany rock progresywny, a na swej drugiej płycie zaprasza na objazdową wycieczkę, której kulminacyjnym punktem są inspirowane symfonicznym rockiem lat 70., pasaże, poprzetykane nowocześniejszymi formami wyrazu.

Alienism to złożony z czterech kompozycji album koncepcyjny, który podejmuje próbę wniknięcia w świat pacjentów szpitala psychiatrycznego oraz ich manie, obłędy, szaleństwa i nieprzystosowanie do życia w społeczeństwie i otaczającym świecie. Trzeba przyznać, że to dość odważny krok, bo temat tyleż ciekawy, co trudny do udźwignięcia zarówno muzycznie jak i pod kątem literackiego konceptu. Muzyka Norwegów jednak broni się sama – może nie jest na tyle odjechana by przenieść słuchacza w jakiś inny wymiar świadomości, ale na pewno pozwala z łatwością oderwać się od rzeczywistości. Sporo tu nawiązań do rozbudowanych form rocka symfonicznego sprzed lat, zbalansowanego przez w pełni współczesne, organiczne brzmienie i kompozycyjne wyważenie, stawiające na pierwszym miejscu przystępną melodykę. Otwierający album Disorder brzmi jak intro i mimo ponad siedmiu minut, sprawia wrażenie obcowania z bardzo lekką piosenką, naznaczoną delikatnością późnego Camel, która zamienia się w coś na kształt monumentalnej, hard rockowej ballady. Triad to z kolei progresywny misz-masz – znajdziemy tu fragmenty nawiązujące do największych tuzów takiego grania, pozornie ze sobą niezwiązane, ale szybko się okaże, że w tym szaleństwie jest metoda. Niesamowite wrażenie robi końcówka w postaci niemal barokowej partii, ozdobionej krzykami i jękami naznaczonego obłędem umysłu. Nastrój robi się coraz bardziej ponury, a kulminację osiąga w Therapy – mrocznym, mocno funkującym pochodzie, w którym bas potrafi rozbujać, ale też podnieść sierść na grzbiecie. Stąd już prosta droga do Delirium, prawie siedemnastominutowego kolosa, którego tytuł w pełni oddaje pokręcony charakter utworu. Tu już spotyka się wszystko, każda szkoła, zarówno ta pierwotna, inspirowana muzyką klasyczną, jak i współczesna, bardziej piosenkowa, objawiająca się w gitarowych melodiach rodem z Pendragon, kompozycyjnym rozpasaniu Arena czy mocnym, kosmicznym odjazdom Anekdoten.

Mimo bardzo wyraźnego, zdecydowanego charakteru, jest to niezwykle lekka muzyka. Nie ma tu nawet chwili przytłoczenia ciężarem skomplikowanej formy czy nudy spowodowanej zbyt rozwleczonym pasażem lub solówką. Może to efekt nowoczesnego spojrzenia na symfonikę, może ograniczenie hard rockowych wpływów do niezbędnego minimum. Płyta pięknie niesie i nie sprawia wrażenia trudnej w odbiorze, choć oczywiście wymaga sporej uwagi. Wydaje się, że muzyka Norwegów jest idealnie skrojona na fana, który bywa zmęczony dokonaniami dinozaurów, nie szuka wyższej matematyki, lecz chce emocji w przystępnej, ale ambitnej formie. Alienism jest znakomitą propozycją na takie oczekiwania – książkowego rocka progresywnego z ludzką twarzą.

Ocena: 8/10

Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , , .