Jak już wiemy, Funeral Celebration to ostatni album, jaki powstał pod szyldem J.D. Overdrive. Więcej nie będzie, bo zespół już jakiś czas temu zaplanował, że rozejdzie się w pokoju. Odhaczmy zatem na początku wszystkie wyświechtane frazesy o tym, że trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść i o tym, że ważne jak się kończy. Skoro mamy to już za sobą, przejdźmy do rzeczy.
Funeral Celebration zebrał do kupy w zasadzie wszystko to, czym J.D. Overdrive stali się przez lata. Katowicki kwartet jako jeden z niewielu na polskiej scenie parał się southern metalem skutecznie i można powiedzieć, że z jakimiś tam sukcesami. Największym z nich będzie pewnie to, że udało im się uniknąć stania się pośmiewiskiem, co stało się udziałem wielu, wielu zapomnianych już szczęśliwe zespołów z podobnych muzycznych okolic. Chłopakom z JDO zawsze udawało się podchodzić do swojej muzyki z pełną świadomością tego, co chcą zrobić, nie tracąc jednocześnie niezbędnego dystansu. Dokładając do tego jakość, wychodzili obronną ręką z każdej potyczki. Te wszystkie doświadczenia przełożyły się na zamykający dyskografię kapeli Funeral Celebration.
Synteza – to moim zdaniem odpowiednie słowo na określenie tego albumu. J.D. Overdrive zawsze podążali wyraźnie wyznaczoną stylistyczną ścieżką, ale każda stylistyka ma wystarczająco szerokie pobocza, żeby można było w niej poszukać czegoś więcej. I tak to było z JDO – raz było u nich więcej pustyni, raz więcej heavy, a potem zrobiło się ciemniej i bardziej bagniście. Gdybyście postanowili przejść przez całą dyskografię zespołu, odkrylibyście, że choć od samego początku grupa miała pewne swoje wyróżniki, z których chętnie korzystała, to jednak każdy album był nieco inny od poprzedniego. Wszystko to, wraz ze wspomnianymi wyróżnikami, wylądowało na Funeral Celebration. Nie potrafię postrzegać tego albumu przez pryzmat tego, że w trakcie pracy nad nim zespół wiedział, że tworzy swój ostatni materiał. Nie jest to przecież płyta koncepcyjna skupiająca się na zamknięciu, na pogrzebie, na czym tam jeszcze. Jest to po prostu zestaw piosenek, które podsumowują te wąskie meandry, jakimi grupa podążała. Niezależnie od tego, czy woleliście bardziej przebojowe oblicze zespołu, czy to mroczniejsze, zafrasowane i oblepione błotem – jedno i drugie objawi się wam na Funeral Celebration. Macie przecież The Ferryman Cometh czy zalatujący Clutch Casual Catastrophies, świetne numery z bardziej rozrywkowej części spektrum, ale też On Corpses of Giants, trochę grunge’ujący Brand New Ways To Die czy nagrany po latach ponownie Come Full Circle, będące po cięższej, bardziej zamyślonej stronie. Nie zabrakło sprawnego żonglowania muzycznymi kliszami i puszczania oczu do własnych dokonań. Nade wszystko macie tu jednak porządną porcję muzyki do świętowania, czyli takiej, przy której nóżka sama skacze. I tak naprawdę nie będzie miało znaczenia, czy dany numer akurat bardziej skojarzy wam się z Down czy Fireball Ministry, bo tak naprawdę J.D. Overdrive na Funeral Celebration wyekstrahowali do końca swój własny styl – skoczny, bluesujący groove, riffy odważnie zaglądające do klasyki rock’n’rolla i przebojowe wokale, których zadaniem jest zapaść wam w pamięć. Te elementy wiodą prym na albumie, bo każdy z nich osiągnął tu pełnię – nie sposób powiedzieć, że w którymś numerze coś zawiodło. Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że słyszę tu już luz, pogodzenie się z losem, zero ciśnienia, które przełożyły się na po prostu swobodniejsze granie. A może to kwestia dużej selekcji materiału i wybrania faktycznie najlepszych kąsków do polepienia? Tak czy inaczej, Funeral Celebration to w zasadzie hit za hitem. Za każdym razem, kiedy już wydaje mi się, że po czterech-pięciu pierwszych numerach JDO wyprztykali się z chwytliwych melodii i szlagwortów, oni zaskakują mnie tym, że druga część albumu niczym nie ustępuje pierwszej. Nawet przypomniany po latach Come Full Circle nie odstaje od premierowego materiału.
Nie wiem, czy mogę z czystym sumieniem napisać, że zawartość tego albumu mnie zaskoczyła, skoro wysoce sobie ceniłem w zasadzie wszystkie poprzednie dokonania J.D. Overdrive (najwyżej chyba The Kindest of Deaths), a sam zespół zaliczam do tych, które poniżej pewnego poziomu nie schodziły. Funeral Celebration jest być może najlepszym albumem kwartetu, najbardziej zdecydowanym, może najlepiej wykrystalizowanym, ale w zasadzie tego się spodziewałem. Niemniej jednak na pewno mogę stwierdzić, że mimo wszystko zaskoczyło mnie wysmażone na albumie brzmienie – posłuchajcie zresztą jak zaczyna się The Ferryman Cometh i sami sprawdźcie, ile żaru i gruzu czai się w tych gitarach. Po takim dźwięku spodziewać by się można, że najlepiej sprawdzi się w przypadku iście pogrzebowych kompozycji, ale nic z tego. Funeral Celebration to płyta w swoim wydźwięku pogodna i skoczna, co jest akurat również na swój sposób przewidywalne dla JDO. Niemniej jednak katowiczanie nigdy jeszcze tak nie brzmieli i szkoda, że nie będzie możliwości utylizować tego dźwięku na kolejne sposoby.
Cieszmy się zatem i radujmy, bo J.D. Overdrive odchodzą, ale umierają najmilszą ze śmierci. Ostatnie pożegnanie nie zawsze musi być smutne, choć muszę jednocześnie przyznać sam przed sobą, że będzie mi brakowało choćby takich numerów jak Electric Pandemonium. Może i JDO nie pozostawiają po sobie jakiejś olbrzymiej dziury na scenie, bo pamiętajmy o proporcjach, ale po tym, jak panowie rozejdą się do swoich domów po ostatnim koncercie, pozostanie do podjęcia pewna rękawica.
9/10
Sprawdź też: The Black Thunder, Soul of Anubis, Captain Ape, Piołun, Octopussy, Perpetual, Dizel
- Formis – „Bestiarius” (2025) - 10 lutego 2026
- Corruption – „Tequila Songs & Desert Winds” (2025) - 15 listopada 2025
- Leash Eye – „Destination:125” (2025) - 15 maja 2025






