Przejdź do treści

KINETIC – „Liminal” (2026)

15

Na scenie progresywnego metalu pojawia się kolejny debiutant. Choć w tym przypadku słowo „debiutant” trzeba traktować z pewną ostrożnością. Duńskie Kinetic wchodzi na rynek z rozmachem, który nie przystoi żółtodziobom, a ich nadchodzący album Liminal już teraz budzi zainteresowanie wśród fanów gatunku. To zespół, który nie pojawił się znikąd. Ich wcześniejsza EP-ka Sentience została przyjęta z zaskakująco dużym entuzjazmem, pokazując, że w Kolding dojrzewa projekt o ambicjach wykraczających daleko poza standardowy progresywny metalowy debiut.

Kinetic od początku sygnalizowali, że nie interesuje ich bezpieczne granie, ani powielanie sprawdzonych schematów. Sentience była zaledwie szkicem ich możliwości. Krótką, ale treściwą zapowiedzią tego, co może nadejść, jeśli zespół dostanie przestrzeń, czas i odwagę, by rozwinąć swoje pomysły. Liminal jest właśnie takim rozwinięciem. Pełnowymiarowym wejściem na scenę, które nie tylko ma przyciągnąć uwagę, ale także ją zatrzymać.

W świecie, w którym progresywny metal coraz częściej balansuje między techniczną wirtuozerią a bezpieczną przewidywalnością, Kinetic stawia na coś innego. Na narrację, koncept, atmosferę i skalę, która nie jest typowa dla debiutów. To zespół, który już na starcie próbuje grać w lidze tych, którzy nie boją się myśleć szerzej, dalej i bardziej filmowo.

Za produkcję Liminal odpowiada Frederik Uglebjerg (MØL, Trold), którego charakterystyczne podejście do brzmienia słychać w niemal krystalicznej przejrzystości miksu oraz w imponującej przestrzeni, jaką otrzymują zarówno monumentalne, cięższe pasaże, jak i subtelniejsze, bardziej eteryczne fragmenty. Warstwa wizualna – autorstwa Lassego H. Görlitza i Marcusa H. Levina, pełniącego w Kinetic również rolę klawiszowca – dopełnia całość, tworząc spójny dialog między obrazem a dźwiękiem, jakby album od początku powstawał w dwóch równoległych wymiarach.

Album odsłania materiał o skali, której trudno byłoby oczekiwać po debiutanckim pełnym wydawnictwie. Liminal to 106‑minutowy (!) koncept‑album oparty na skali Kardaszewa, w którym progresywny metal staje się narzędziem opowieści o cywilizacji przekraczającej granice własnej epoki. To muzyka projektowana jak kosmiczna architektura. Rozległa, wielowarstwowa, świadomie monumentalna.

Kinetic konsekwentnie wzmacniają swój skład, tworząc zespół zdolny przekuć ambitne koncepcje w spójne, sugestywne doświadczenia. Każdy z muzyków wnosi własną perspektywę i wrażliwość, współtworząc klarowną wizję, w której techniczność staje się narzędziem budowania nastroju, a nie celem samym w sobie. W centrum pozostaje sztuka pisania piosenek. To ona wyznacza kierunek, porządkuje energię i nadaje całości charakterystyczny ton. Z tego świadomego połączenia powstaje brzmienie Kinetic. Wyraziste, nowoczesne i organiczne, zakorzenione we wspólnym języku zespołu.

Kocham progresywny metal i kibicuję mu zawsze, kiedy tylko pojawia się ku temu okazja. Pod warunkiem, że w muzyce tli się iskra nieprzewidywalności, a każda kolejna minuta potrafi utrzymać moje zainteresowanie. Prog może być długi, rozbudowany, wielowarstwowy, ale musi mieć w sobie ten magnetyzm, który sprawia, że czas przestaje istnieć. Tym razem jednak Kinetic postanowił sprawdzić, gdzie dokładnie przebiega granica wytrzymałości słuchacza. I, jak na ironię, znalazł ją szybciej niż zapewne zakładał.

Nie chodzi o muzykę, ani o koncept, bo te mają swoje momenty. Problemem jest sama długość albumu. Blisko dwie godziny przy jednym odsłuchu to nie tyle wyzwanie, co test cierpliwości, który zespół zdaje się traktować jak sport ekstremalny. W pewnym momencie nie słucham już historii, tylko zaczynam zastanawiać się, czy nie powinienem dostać medalu za ukończenie tego maratonu. Taka forma niepotrzebnie obciąża odbiór, rozmywa dramaturgię i odbiera materiałowi naturalny puls. Taki, który w progresywnym metalu jest absolutnie kluczowy.

Najbardziej dziwi mnie jednak decyzja wydawnicza. Podzielenie tego projektu na dwa odrębne wydawnictwa, rozłożone w czasie, byłoby rozwiązaniem tak oczywistym, że aż zastanawiam się, czy nie przeoczyłem jakiejś ukrytej, meta‑artystycznej intencji. Niestety, nic na to nie wskazuje. Zamiast dwóch spójnych, oddychających albumów, dostajemy jeden gigantyczny blok muzyki, który mógłby ocalić zarówno narrację, jak i emocjonalny ciężar całości, gdyby tylko dano mu szansę wybrzmieć w bardziej rozsądnej formie.

Dzięki klarownemu kierunkowi artystycznemu i konsekwentnemu dążeniu do tworzenia immersyjnych muzycznych podróży, zespół bez wątpienia posiada wszystkie narzędzia, by umocnić swoją pozycję jako jedna z bardziej wyrazistych sił we współczesnym progresywnym metalu. Ich wizja jest ambitna, warsztat imponujący, a skala pomysłów momentami wręcz monumentalna. Problem w tym, że monumentalność bywa zdradliwa, kiedy próbujesz uszczęśliwić słuchaczy albumami o długości zbliżonej do przeciętnego lotu transatlantyckiego. Wtedy nawet najbardziej oddani fani mogą poczuć, że jednorazowy odsłuch wymaga nie tyle skupienia, co urlopu wypoczynkowego.

Nie chodzi o to, że długie formy są z natury wadą – przeciwnie, potrafią być fascynujące. Ale kiedy ambicja zaczyna rozpychać się kosztem dramaturgii, a rozmach przysłania selekcję materiału, pojawia się ryzyko, że muzyczna podróż zamieni się w muzyczną pielgrzymkę. A pielgrzymki, jak wiadomo, bywają satysfakcjonujące, lecz rzadko są lekkostrawne. Jeśli zespół zdoła okiełznać tę skłonność do nadmiaru i skupi się na tym, co naprawdę stanowi o ich sile, czyli wyobraźni, precyzji i umiejętności budowania atmosfery, to kolejne wydawnictwo może nie tylko zachwycić, ale i wreszcie nie wymagać od słuchacza prowiantu na drogę.

OCENA: 6,5/10
Adam Pilachowski
Latest posts by Adam Pilachowski (see all)
(Visited 1 times, 15 visits today)