Kvelertak – „Nattesferd” (2016)

Namnożyło się ostatnimi latami zespołów, eksperymentujących z black metalem i łączących go, z czym tylko się da. Deafheaven, Myrkur, Liturgy, wymieniać można by długo. Lista artystów doprowadzających bardziej konserwatywnych (by nie powiedzieć zakonserwowanych) black metalowych fanatyków do ciężkiej cholery, jest naprawdę pokaźna. W swoim debiucie z 2010 roku, norweski Kvelertak poleciał jednak po całości. Bo czego tam nie było: oldskulowy rock, punk, hardcore – mieszanka była obłędna, a jednocześnie bardzo smaczna i nieźle wyważona. Następny album, Meir, budził we mnie mieszane uczucia, miejscami porywał, miejscami zaś śmiertelnie nudził. O trzecich wydawnictwach często mówi się, że są przełomowe, bo albo pokazują pełen potencjał zespołu, albo wprost przeciwnie. Tymczasem Nattesferd nie plasuje się ani tu, ani tu.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Kvelertaki chcieli tym albumem dostać się trochę „pod strzechy”. Takim singlowym 1985 chociażby, w którym próbują brzmieć jak AC/DC black metalu. Prostym, ale jednak urokliwym hołdem dla staroszkolnego rocka. Relatywnie łagodnym, melodyjnym i pogodnym Ondskapens Galakse. Lub też ostrzejszym, ale nadal mocno przebojowym Svartmesse, z chóralnymi wokalami i riffologią nieco ściągniętą z ostatniego Ghosta. Czy też wreszcie szaleńczo rozpędzonym utworem tytułowym, z chwytliwym gitarowym motywem i czystym wokalem w refrenie. Wszystko to jest dużo bardziej przystępne, niż wcześniejsze dokonania zespołu, bo i też jeszcze mocniej osadzone w klimatach klasycznego rocka. I chociaż nie wszystkim może być ta zmiana w smak, to akurat te utwory wypadają bardzo dobrze i świetnie się tego słucha.

Tymczasem cięższe akcenty Nattesferd wypadają, niestety, jakby słabiej. Otwierający Dendrofil for Yggdrasil (tak, oni naprawdę tak nazwali utwór), plusuje głównie tytułem, bo za wielu pomysłów to tutaj nie ma. To samo tyczy się dziewięciominutowego Heksebrann – po co to tyle trwa? Zaczyna się intrygująco, ale brak tej kompozycji zarówno pazura jak i konkretnej koncepcji. Bronsegud to powrót punkowej szybkości i wściekłości, jednak odrobinę bez wyrazu. Porządnie wyglądają natomiast zarówno bawiący się tempem i niezłymi riffami Berserkr, jak i kończący, sabbathowy Nekrodamus.

Siły debiutu Nattesferd nie posiada. Z drugiej strony nie taki też był chyba i zamysł. Miało, zdaje się, być bardziej przystępnie i w duchu rockowych przodków – no i jest. Tylko trochę za wiele tu oklepanych patentów, a za mało świeżości i tego, co wcześniej w tej kapeli intrygowało i świadczyło o jej unikatowości. Co nie zmienia faktu, że słucha mi się tej płyty całkiem przyjemnie. Tyle, że od Kvelertaka wymagać można chyba jednak trochę więcej.

                                                                                                                                                                   Ocena: 7/10

(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , .