Mój dziadek był zapalonym grzybiarzem, więc z dzieciństwa pamiętam girlandy kapeluszy suszących się w kuchni nad piecykiem gazowym. Pośród podgrzybków, maślaków, kurek i prawdziwków brakowało jednak łasiczki lancetowatej i domowe zaprawy nie przynosiły żadnych doznań halucynogennych. A że i w dorosłym życiu nigdy nie było mi po drodze z tym gatunkiem, śmiało korzystam z muzycznych zamienników. Jak łatwo się domyślić po tytule krążka, formacja Lan/cet odpływa właśnie w psychodeliczne rejony, zapraszając słuchaczy na swoisty trip.
Na Psilocybe Semilanceata rdzeń jest stoner/doomowy, co oczywiście pasuje do konwencji psychodelicznej. Czerpiąc ze znanych już rozwiązań, Lan/cet nie daje jednak uwieść się stereotypom, nie jest w swych rozwiązaniach aranżacyjnych ortodoksyjny. Formacja nie boi się zaimpregnować swoich kompozycji odrobiną eksperymentów, bawiąc się formułą. W końcu pojawiają się tu różne sample, dźwięki fortepianu, gitara akustyczna, trąbka, hammondowe brzmienia klawiszy, co skutecznie ubarwia całość, pozwala nieskrępowanie wędrować w czasie i przestrzeni. Przede wszystkim luźne, brudne, nieskrępowane – ale nie niechlujne – podejście do kompozycji wybija słuchacza z kolein własnych przyzwyczajeń. Zamiast stereotypowej płyty gatunkowej, dostajemy coś ponad konwenanse. Nawet pojawienie się wokalu w tej jednak instrumentalnej z założenia płycie jest zaskakujące. Unosi się tu niewątpliwie nieskrępowany duch przełomu lat 60. i 70.. Psilocybe Semilanceata nie jest jednak płytą naiwnie hippisowską. Owszem, można wraz z nią odlecieć w rejony pełne rozmarzenia, ale nie brakuje też motywów przytłaczających, podszytych niepokojem. Przykładem tego najlepszym jest rozdygotany rytmicznie Jonestone, poświęcony tragicznym wydarzeniom z 1978 roku. Lan/cet zagląda pod skorupę rzeczywistości.
Płynna magma dźwięków, bliska nieskrępowanemu jamowi, kusi. Dawka jest spora, ponadgodzinna – czy dla kogoś nużąca? Nie wykluczam, ja jednak jestem zwolennikiem krótszych albumów. Nie mam wątpliwości, że nie jest to propozycja dla mas i na wielkie festiwale, ale właśnie pod chmurką, pod gwiazdami, w gorącą noc, zagrana z pewną dozą nonszalancji, mogłaby przynieść słuchaczom efekt podobny do tego, jaki łasiczka lancetowata prokuruje. Marcin Jerzyna (gitara, bas, klawisze, sample), Michał Markowski (gitara, bas), Robert Protasewicz (bębny, wokal), Witold Popiel (trąbka) i Łukasz Suszko (efekty specjalne, gitara, fortepian) stworzyli dzieło wciągające, niszowe, dalekie od mainstreamu i nawet w konwencji psychodeliczno-stonerowej osobne. Podejrzewam też, że da się podążyć jeszcze dalej, głębiej, dotknąć sfer wciąż nieodkrytych, czego Lan/cetowi życzę.
Jak rymował Abradab o grzybobraniu: „coś do dupy to zbieranie / bo schylanie trudne jest / wybieranie tych jadalnych bardzo żmudne jest”. Lan/cet radzi sobie jednak z tą sztuką wprawnie, ale z wyczuwalną dozą potrzebnego psychodelicznym dźwiękom luzu. Im dłużej obcuję się z Psilocybe Semilanceata, tym więcej wyłapuję niuansów. Zapraszam zatem w imieniu zespołu na długą psychodeliczną podróż, pełną mniej oczywistych ścieżek w nieznane, zwłaszcza gdy uzbroimy się w słuchawki.
Ocena: 8/10
Oficjalna strona zespołu na Facebooku
Lan/cet na Bandcamp
- Czarny Bez – „W blasku księżyca” (2025) - 15 stycznia 2026
- Slave Keeper – „Podwójna gra” (2025) - 19 listopada 2025
- Sothoris – „Domus Omnium Mortuorum” (2025) - 4 października 2025
Tagi: 2024, album, doom metal, LAN/CET, Lancet, Music, muzyka, muzyka eksperymentalna, muzyka niezależna, pscyhodelic rock, Psilocybe Semilanceata, psychodelic musi, psychodeliki, recenzja, review, stoner rock, Via Nocturna.






