Nie licząc składanek i koncertówek, stworzenie nowego materiału zajęło Lividity zdecydowanie dłuższą chwilkę. Przez te dziewięć lat można było w zasadzie stracić nadzieję na nowe hulanki. Niemniej w końcu nadszedł ten dzień. Piąty długi krążek od amerykańskich patusów stał się faktem.
Fakt ten ma dwanaście nowych kompozycji i trzydzieści sześć minut łącznego trwania. Wydawcą zostało słowackie Metal Age Productions. Jeżeli chodzi o muzykę, to powiedzmy sobie wprost: to Lividity. Jeżeli wcześniej nie spotkałeś się z tą klasyczną już, bądź co bądź, nazwą, to jestem niemalże pewien, że nie masz czego tu szukać. Perverseverance jest brutalnym death metalem który za kwintesencję dobrego smaku uznaje serię Anal Acrobats.
Na wypadek, gdyby sama okładka nie przekonała cię co do intencji twórców, album otwierany jest dziarskim okrzykiem tłumu „No means yes, yes means anal!”. A potem zaczyna się huraganowy atak udowadniający, iż mimo dziewięciu lat przerwy, Lividity ani myśli zmieniać cokolwiek. Ich utwory nadal składają się z naprzemiennych partii tremolo i blastów oraz wolniejszych, slamujących młotów. Mogę powiedzieć, że poziom utworów jest dość równy, tak wewnątrz płyty, jak i w porównaniu do poprzednich krążków. Zdarzają się niekiedy wtopy (chamskie i bezsensowne przejście na Whore Destroyer), ale też jest kilka naprawdę fajnych momentów (slamka na Kill Then Fuck albo numer tytułowy). Zaskoczenia i odskocznie naliczyłem w liczbie jeden, mianowicie chodzi tu o spokojniejszą, melodyczną część na Something’s Dead. Poza tym Perverseverance jest bardzo przewidywalne i bezpieczne dla docelowej grupy odbiorców. Nie ma tu wprowadzania nowych pomysłów, nie ma ewolucji ani niespodzianek, a i kompozycja numerów nie odchodzi od jednego szablonu. Przez to płyta pod koniec zaczyna być zbyt wtórna i nużąca, choć świadom jestem że nikt nie próbował tu na nowo odkryć koła. Prawda, Lividity słucha się całkiem przyjemnie, ale po pewnym czasie człowiek chciałby jednak czegoś innego niż naprzemienny chaos i tłumione zwolnienia, przerywane niekiedy śmieszkowymi samplami o różnych, a najczęściej zakrywanych częściach ciała.
Czy to znaczy, że płyta jest średnia? Nie, powiedziałbym raczej że jest dokładnie tym, czego fani ekipy od niej oczekiwali. Osobiście, mimo że większej szajby na punkcie Amerykanów u siebie nie zauważam, także bawię się przy niej całkiem nieźle. Co prawda, wolę Used, Abused and Left for Dead, ale możliwe że to kwestia przyzwyczajenia. Miłośnicy patoli będą zadowoleni a maniacy Lividity mogą do oceny dodać dwa oczka i pognać do sklepu.
Ocena: 7/10
- Ayyur – „The Lunatic Creature” (2018) - 13 lipca 2019
- Psychopathic – „Phases” (2018) - 6 lipca 2019
- Himura – „Exterminio” (2016) - 30 czerwca 2019
Tagi: 2018, brutal death metal, kapitan bajeczny, Lividity, Metal Age Productions, Perverseverance, recenzja.







