Kraków wydał na świat już wiele ponadprzeciętnych kapel z przeróżnych gatunków gitarowego grania. Do tego zacnego grona dołączyć zapewne chciałaby młodziutka (założenie datowane jest na rok 2018) formacja MAW, parająca się desert/stoner rockiem o lekko grunge’owym zabarwieniu. Ich wydany w styczniu, nie posiadający tytułu debiut to krążek o dwóch twarzach – jednej bardzo ładnej, dzięki której zespół mógłby naprawdę zaistnieć na polskiej stonerowej scenie, oraz drugiej, przez którą te plany Panowie i Pani tworzący MAW powinni póki co odłożyć i przynajmniej zastanowić się nad niektórymi kwestiami.
Tradycyjnie zacznę od tego, co mi się podoba. A podoba mi się cała część instrumentalna MAW. Jest to po prostu dobrze zagrany materiał, słychać, że muzycy się rozumieją i wiedzą, co chcą osiągnąć. Jest dynamicznie (Fuck Your Travel), nie brak skrętów w bardziej psychodeliczne rejony (Dissolve), znajdzie się też coś nieco bardziej progresywnego (Call oraz prześwietny None). Fani gitarowych popisów znajdą tu też parę całkiem ładnych solówek. Generalnie nudzić się przy debiucie Krakowian raczej nie można, brawa za ominięcie pierwszej pułapki, w którą stonerowym zespołom łatwo wpaść. Bardzo przyjemnie obserwuje się też rozwój utworów i to jak naturalnie ta muzyka płynie – instrumentaliści MAW zrobili naprawdę bardzo dobrą robotę. W dodatku nie potrafiłem pozbyć się wrażenia, że krążek ten posiada swoisty „live’owy” feeling, może być to kwestia produkcji, której lekka surowość dodaje całości specyficznego uroku.
Pamiętam niegdyś popularny w kraju nad Wisłą TVNowski teleturniej „Najsłabsze ogniwo”, w którym uczestnicy decydowali, który z uczestników zostanie wyeliminowany. W przypadku niniejszego albumu nie potrzeba nawet pięciu sekund na zastanowienie – nie lubię wskazywać palcem, ale najsłabszym ogniwem jest tutaj bez wątpienia osoba wokalisty i tekściarza. Śpiew na MAW nie wszedł mi za pierwszym razem, nie wszedł za piątym i pewnie nie wejdzie i za dziesiątym – często brak tu energii, jest męczący, irytujący i w jakimś stopniu kładzie wszystkie utwory oprócz wspomnianego już None. Pobieżnie przejrzałem też teksty i nie są one najwyższych lotów, ponadto w fizycznym wydaniu nie brak literówek. Wierzę jednak, że jest to coś, co debiutantom można wybaczyć, i że poprawią to przy okazji albumu numer dwa.
Bo mam nadzieję, że kariera MAW wykroczy poza ten jeden debiutancki album. Efektem mojego szybkiego researchu było zdobycie informacji o tym, że kapela rozstała się już z dotychczasowym wokalistą. Cóż, instrumentalnie jest naprawdę dobrze i w razie problemów ze znalezieniem odpowiedniego zastępstwa może właśnie to jest ścieżka, którą formacja powinna kroczyć? Szczerze liczę na to, że dane mi będzie jeszcze przy twórczości Krakowian krzyknąć „tak, to jest to!”. Szanse są, i to całkiem spore.
Ocena: 6.5/10
- Königreichssaal – „Loewen II” (2025) - 26 stycznia 2026
- Asteriæ – „Miejsce, które nazywam sobą” (2025) - 22 stycznia 2026
- SaintSombre – „Earth/Dust” (2024) - 12 stycznia 2026
Tagi: 2021, desert rock, Maw, recenzja, review, stoner rock.






