Uwielbiam emocje towarzyszące oczekiwaniu na premierę nowej muzyki lubianych przeze mnie kapel, niezależnie od tego, czy są to młode zespoły, czy prawdziwi weterani. Do tej drugiej kategorii niewątpliwie należy mająca lata świetności dawno za sobą Metallica, będąca zdecydowanie największą (nie mylić z najlepszą) marką w metalowym półświatku. Wydaje mi się jednak, że nowość od thrashowych legend nie budzi już w nikim szczególnego rozgorączkowania, bo po prostu mało kto na ich wydawnictwa naprawdę czeka. I ja średnio ekscytowałem się premierą 72 Seasons, uznając sprawdzenie jedenastego pełniaka Jamesa Hetfielda i spółki bardziej za obowiązek niż przyjemność, podchodząc do niego bez specjalnych oczekiwań.
Kwartet na starcie tej długiej batalii bardzo miło mnie zaskoczył, umiejscawiając na samym początku krążka zdecydowanie najlepszy kawałek z całej płyty. Tytułowy 72 Seasons okazał się dobrym, rasowym thrasherem, będącym kontynuacją najlepszych pozycji z Hardwired… to Self-Destruct. Może nie na poziomie świetnego Spit out the Bone z poprzedniczki, jednak po tym numerze widać jak na dłoni, że panowie, jeśli chcą, to jeszcze potrafią. Widzę tutaj pewniaka na najbliższej trasie koncertowej, o ile Lars Ulrich da radę zagrać go na żywo tyle razy z rzędu. Do gustu przypadł mi również bodajże najbardziej przebojowy Shadows Follow ze świetnym refrenem. Na tle całości całkiem nieźle wypadają także singlowe Screaming Suicide i odpowiednik Hardwired, czyli pędzący Lux Aeterna (choć sześćdziesięcioletni Hetfield świeżo po kolejnym odwyku krzyczący: „Full speed or nothing!” bawi). Dobre wrażenie na sam koniec odsłuchu pozostawia po sobie aż jedenastominutowa Inamorata, choć skrócenie końcówki wielkiej krzywdy nikomu by nie wyrządziło. Przyczepić nie mogę się też do wokalu Hetfielda, który, mimo moich obaw wywołanych wspomnianym powrotem muzyka na odwyk, wciąż daje radę i dostarcza solidne ścieżki.
Cała reszta krążka może i jest poprawna, ale często wypada dość nijako, jak gdyby skomponował ją generator utworów, a nie żyjący ludzie. Dodatkowo cierpi ona na syndrom Metalliki po 1991 – trwa zwyczajnie za długo. 72 Seasons to kolejna płyta wyładowana po brzegi muzyką, tyle że nie każda z 77 minut potrzebnych na jednokrotną sesję z albumem się broni. Nawet te kawałki, które mają tak zwane „momenty” (If Darkness Had a Son, Sleepwalk My Life Away, Room of Mirrors), w pewnej chwili zaczynają po prostu się dłużyć. Wzorem Hardwired… to Self Destruct nie zabraknie na nowej propozycji Amerykanów niczym niewyróżniających się, w pewnym stopniu podobnych do siebie, zapatrzonych w NWOBHM utworów, bez których płyta wyszłaby lepsza. Gdyby zespół zdecydował się nie wydać kompozycji takich jak Crown of Barbed Wire, Chasing Light, Too Far Gone? i You Must Burn! (choć w dwóch ostatnich sytuację odrobinę ratują przyjemne refreny), nie uroniłbym ani jednej łzy. Zamiast tego bardziej wysilić mógł się Kirk Hammett – jego solówki są wyjątkowo mało porywające.
Wrażenia mam więc dosyć mieszane i choć daleko mi do nazywania nowego krążka Metalliki chłamem, uznaję go za jedną ze słabszych pozycji w dyskografii amerykańskich gigantów. Gdyby pozostawić jedynie najbardziej udane 45-50 minut muzyki, mówiłbym o 72 Seasons całkiem inaczej. Niestety niezdolność kwartetu do odpowiedniej selekcji w studio nagraniowym sprawiła, że mamy, co mamy: zbyt długi, zbyt jednowymiarowy, jedynie poprawny album z kilkoma momentami wybijającymi się ponad przeciętność. Z jednej strony w przypadku zespołu o takim statusie „poprawny” to dla mnie trochę mało, z drugiej strony jestem świadomy, że mogło być o wiele gorzej. Z trzeciej – mowa o Metallice, oni już swoje dla metalu zrobili. Teraz wszystko im wolno, niczego nie muszą.
Ocena: 6/10
Metallica na Facebooku
- Morpholith, Moonstone, Triangle Choice – Katowice (08.04.2026) - 17 kwietnia 2026
- HellFuck – „9 Nails Hammered Into the Flesh of God” (2026) - 9 kwietnia 2026
- Pothamus – „Abur” (2025) - 31 marca 2026
Tagi: 72 Seasons, Blackened Recordings, Heavy Metal, Metallica, thrash metal, Universal Music Polska.






