Przejdź do treści

MITTAGS-ABGRUND – „Mittags-Abgrund” (2026)

0

Debiutancki album Mittags‑Abgrund narodził się w Petersburgu w 2022 roku, w przestrzeni, która sprzyja zarówno twórczej izolacji, jak i obsesyjnemu skupieniu. Multinstrumentalista Sch., inicjator projektu, od początku działał z precyzją człowieka, który nie szuka dopiero własnego języka, a raczej wykuwa jego ostateczną formę. Mittags‑Abgrund, choć formalnie jest pierwszym oficjalnym wydawnictwem zespołu, nie zdradza żadnych cech typowych dla debiutów. Nie ma tu niepewności, nie ma ostrożnego badania granic, nie ma potknięć wynikających z braku doświadczenia. Przeciwnie – album sprawia wrażenie dzieła dojrzewającego długo w półmroku, w miejscu, gdzie pomysły nie są jeszcze muzyką, ale już zaczynają oddychać. Słychać, że Sch. od dawna wiedział, jaką formę chce nadać temu projektowi, i że nie interesowało go nic poza bezkompromisową realizacją własnej wizji. Mittags‑Abgrund nie jest więc debiutem w klasycznym sensie, lecz pierwszym odsłonięciem świata, który powstawał długo, cierpliwie i z niepokojącą konsekwencją.

Dziewięć epickich hymnów, wraz z wstępem i outro, układa się w 48‑minutową, konsekwentnie triumfalną narrację, kroczącą naprzód z pewnością dojrzałego zespołu świadomego własnej tożsamości. Album brzmieniowo zaciera granice między black a death metalem, nie poprzez prostą fuzję stylistyk, lecz dzięki organicznemu splataniu ich elementów w żywą, pulsującą hybrydę, w której mrok i brutalność współistnieją bez tarcia. Dynamiczne kreacje Sch. odsłaniają zarówno wyczucie kompozycyjne, jak i naturalne predyspozycje instrumentalne. Każdy riff jest tu precyzyjnie osadzonym filarem, każdy zwrot dramaturgicznym wyborem, a każdy wybuch agresji świadectwem pełnej kontroli nad formą. To materiał, w którym ekstremalne idiomy zostają przetopione w spójny, porywający język muzyczny, zdolny nie tylko imponować techniką, lecz także budować sugestywną, niemal mitologiczną atmosferę.

Podejrzewam, że nie tylko ja odnoszę wrażenie, że nad debiutanckim albumem Mittags-Abgrund unosi się wyraźny, niemal namacalny duch wczesnych dokonań Aeternus. Słychać go w potężnym, szeroko rozbrzmiewającym brzmieniu gitar strojonych w c‑moll, budujących monumentalną, chłodną przestrzeń przypominającą pierwsze kroki norweskiego zespołu. Podobną rolę odgrywa perkusja, z gościnnym udziałem nieznanego mi F. Masywna, miarowa, bardziej rytualna niż agresywna. Umiejętności pałkera są zdecydowanie ponadprzeciętne i znacząco przyczyniają się do atrakcyjności album. Tak samo bas, którego monolityczne brzmienie spaja całość w jedną, ciężką, nieprzerwaną falę. Nawet wokal przywołuje echo głosu Aresa z okresu Beyond the Wandering Moon czy …And So the Night Became. Głęboki, mroczny, niosący w sobie pierwotną siłę, która nie tyle atakuje, co przywołuje i prowadzi. Jestem przekonany, że wielu z Was dostrzeże te same paralele i poczuje podobny rezonans między tymi dwoma światami.

Teksty w całości napisane w ojczystym języku Sch., rosyjskim, i wykonane w niezwykle wszechstronny sposób, obejmują złowrogie wycie, ponury chrapliwy dźwięk, a czasem niemal ceremonialne zawodzenie. Tworzą tu gęstą, lodowatą tkankę, która oplata każdy riff niczym mgła nad fiordem o świcie. W tych wokalnych warstwach pobrzmiewa nie tylko gniew, lecz także echo północnej samotności. Surowej, nieprzejednanej, pozbawionej ozdobników. To właśnie ta norweska ascetyczność nadaje całości ciężar, który nie jest hałaśliwy, lecz głęboko osiadający w kościach.

Debiut Mittags‑Abgrund pod skrzydłami Darkness Shall Rise to nie tylko obiecujący początek, lecz świadectwo artystycznej dojrzałości, jaka rzadko pojawia się już na pierwszym wydawnictwie. Gdy wybrzmiewa Эпилог – Предельная туле, nie ma tu klasycznego poczucia finału. Zamiast niego pojawia się subtelne, niemal magnetyczne napięcie, które każe natychmiast wrócić do początku, jakby album domagał się kolejnego przejścia przez swoje mroczne, gęste korytarze. To muzyka, która nie tyle kończy się, co trwa, rezonuje, pozostawia ślad.

Jeśli Mittags‑Abgrund potrafi już teraz budować tak spójną, sugestywną narrację, to trudno oprzeć się wrażeniu, że kolejny krok może być jeszcze odważniejszy. Druga płyta ma wszelkie predyspozycje, by nie tylko powalić na kolana, lecz również na długo zatrzymać słuchacza w miejscu. W tym osobliwym stanie, gdzie zachwyt miesza się z niepokojem, a potrzeba powrotu staje się niemal fizyczna. To debiut, który nie zapowiada przyszłości, lecz ją wyprzedza.

OCENA: 9,5/10
Adam Pilachowski
(Visited 1 times, 1 visits today)