Nameless Creations – „Upon God’s Call” (2019)

Przeziębiony i otumaniony nielegalnymi środkami (przepraszam za krypto reklamę – mowa o Acatarze i Polopirynie S), w sennym nastroju pochmurnego dnia, spotkałem się po raz pierwszy z Nameless Creations niczym z wyczekiwanym na pustkowiu prorokiem, który ukazuje się poszczącym pustelnikom i przynosi nadzieję, tym razem na dobrą, garażową płytę, mającą zbawić pogrążający się w samozagładzie świat rockowego mainstreamu. I kiedy Dorian Wiseblood przemówił do mnie wraz z hałasem elektrycznych dźwięków, chciałem zawołać: „prowadź mnie ku rockowemu zbawieniu!”.

No dobra, a jak na trzeźwo? Choć pierwsze pozytywne wrażenie często bywa mylne, to jednak przy każdym kolejnym odsłuchu doceniam niezaprzeczalne walory Upon God’s Call, płyty niełatwej w odbiorze, zwłaszcza w naszym słowiańskim kręgu rockowych odniesień (a z grodu Warsa i Sawy kapela pochodzi), bo sięgającej po inspiracje mniej oczywiste, które wiodą nas przez historię garażowego, niepokornego grania: od źródeł, czyli The Velvet Underground i proto-punkowców w postaci The Stooges, poprzez The Birthday Party Nicka Cave’a (tu nawet najmocniej momentami), na bardziej współczesnych epigonach stylu kończąc (choćby The Murder City Devils). Tak, większość tych inspiracji wymienia sam zespół, ale to rzeczywiście słychać, a jednocześnie nie razi taka próba kłaniania się wielkim, choć wciąż niedocenianym, bo nagrana została ze zrozumieniem materii, którą muzycy formują.

Komu te wymienione klimaty – muzycznie i lirycznie zawsze niepokorne – są bliskie, ten znajdzie w propozycji Nameless Creatnions sporo zadowolenia. Mam zresztą wrażenie, że ta płyta jeszcze głębiej sięga w muzyczną przestrzeń niż poprzednie nagrania, mocniej (także na poziomie produkcji) wybrzmiewa brudnym stylem lat 60. Greatful Dead chcą trochę pohałasować dla odmiany, więc zapraszają MC5 na wspólny jamming narkotyczno-filozoficzno-muzyczny, na który wbija też recytujący swą poezję Allen Ginsberg, a nieproszonym gościem jest Aleister Crowley? Czemu nie. Trochę z tym mamy właśnie do czynienia. Dorian Wiseblood nawet nie śpiewa, raczej melorecytuje w natchniony sposób, często krzyczy, drze się wręcz, kłócąc się z Bogiem, jego wyznawcami, światem, ułudą wiecznych obietnic – liryczna, turpistyczno-metafizyczna warstwa stanowi tu pewną całość, w której brak radości i nadziei, ale bynajmniej nie dystansu. Teksty – a właściwie potoki słów, lekko obrazoburczych, poetyckich, wzniosłych, mrocznych, szczerych, może i patetycznych, ukrytych za zasłoną metafory – odgrywają równie ważną rolę co muzyka.

Sekcja w postaci Grega Jabheliusa (bębny) i Harry’ego Throata tworzy pulsujący, hipnotyczny szkielet dla zgrzytliwych, wysoko zagranych, niedbałych z natury dźwięków dobywających się gitary Vivien Karnal (dodam tylko, że obecnie skład zdążył się zmienić). Miks tyleż podniecający, co staroświecki, garażowy. Czasem ta propozycja ma w sobie niespieszne, z pozoru monotonne, choć hipnotyczne zacięcie (choćby Sanctimony), innym razem ciut żywszy, drapieżny, wściekły wydźwięk (Flesh Is To Blood), a może i nawet na swój przebojowy charakter (ten marszowy rytm w Batseller, singlowy Whörehammer). Więcej tu jednak dysonansów niźli harmonii, brzydoty aniżeli piękna. Te proporcje nie muszą oczywiście odpowiadać każdemu. I dlatego, mimo mojego osobistego entuzjazmu, nie będę jakoś usilnie kogokolwiek przekonywać, że ma do czynienia z dziełem, bo jest to jednak rzecz specyficzna, stąpająca po pewnej niebezpiecznej granicy.

Warszawiacy z Nameless Creations nie czynią tajemnicy z własnych inspiracji, a w twórczych nawiązaniach do mistrzów bywają niezwykle interesujący, choć jest to pewna nisza, której fani nie liczą się w setkach tysięcy, więc nielicznym zachwytom nad Upon God’s Call będzie towarzyszyć też kręcenie nosem, pobłażliwe uśmiechy, czasem słowa krytyki. Najbardziej zgrzytliwa muzyka wzięta żywcem z lat 60. spotyka się tutaj z punkiem, nową falą, rockiem gotyckim, a towarzyszy temu parateatralna otoczka, dziwne ksywki, makijaże, teledyski, nawiązania. Nie wszyscy uznają takie zasady gry, nie każdy będzie chciał się dołączyć, ktoś powie, że tego nie kupuje. I bardzo dobrze! Ta płyta jest jakaś, wyrazista, specyficzna, a to może budzić dyskusje, rodzić skrajne opinie, czasem i męczyć. Ja jednak zapiszę się po stronie fanów. Jedna z najciekawszych (co nie musi oznaczać, że najlepszych) polskich płyt tego roku, choć pewnie wiele osób się o niej nie dowie, a część z tych, którzy ją poznają, stwierdzi coś zgoła odmiennego.

ocena: 9/10

Oficjalna strona zespołu na Facebooku

Nameless Creations na Bandcamp

(Visited 3 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .