Necrophobic – Dawn of the Damned (2020)

Necrophobic trafił u mnie swego czasu (z powszechnie znanych względów) na tę samą listę, na której widnieją m.in. Inquisition, czy Manowar. Wiecie – jakiekolwiek pozytywne wrażenia wynikające z obcowania z muzyką kapel tego sortu (w całości, bądź części) neutralizowane są z automatu świadomością tego, że rękę do jej powstania przykładała zwykła ludzka szuja.

Na szczęście Szwedzi wybawili mnie z nieprzyjemnego dysonansu, pozbywając się w 2013 roku Tobiasa Sidegårda ze składu i przyjmując w jego miejsce dobrze znanego (z The Nocturnal Silence) Andersa Strokirka (z którym w międzyczasie nagrali całkiem udany Mark of the Necrogram).

Z początkiem października nakładem Century Media grupa Joakima Sternera uraczy fanów krążkiem nr 9 w swojej dyskografii, który miałem już przyjemność dość dobrze poznać. Wrażenia? Bardziej niż pozytywne.

Necrophobic jaki jest, każdy widzi. Znakiem rozpoznawczym muzyki Szwedów jest mroczny i smolisty, niepozbawiony jednocześnie przystępności, dobrej melodii i chwytliwości death/black metal, na Dawn of the Damned grupa idzie jednak ze swoją muzyką krok dalej. A może nawet kilka kroków, bo biorąc pod uwagę samą strukturę kompozycji, wykorzystane środki oraz hiciarski potencjał, można stwierdzić, że nowa płyta zespołu to w gruncie rzeczy album heavy metalowy, który jedynie umownie (za sprawą klimatu, tekstów, brzmienia oraz wykorzystania blastów i growli) ubrany został w łachy death/black metalu.

Czy wyszło dobrze? Powiedziałbym nawet, że rewelacyjnie, Necrophobic udała się nie lada sztuka połączenia w ramach kompozycji przystępności i nieprawdopodobnego drive’u, z wciąż bardzo siarczystym i nietrącącym zbędną cukierkowatością graniem. Dawn of the Damned jest też albumem równym, hit goni tu hit, niezależnie od tego czy zespół pędzi w danym momencie na złamanie karku (Darkness Be My Guide, Mirror Black, Tartarian Winds albo brzmiący jak kawałek Vadera Devil’s Spawn Attack) czy świadomie zwalnia i zanurza kopyta w smolistym kotle (The Infernal Depths of Eternity, The Return of a Long Lost Soul).

Podczas lektury nowej płyty przyszła mi do głowy pewna refleksja – część z was może uznać ją za przesadę (sam nie wykluczam, że podyktowana jest dość sporym entuzjazmem), ale myślę sobie, że tak, jak Necrophobic na Dawn of the Damned mógłby brzmieć dziś Dissection, gdyby Jon Nödtveidt zamiast wyprawy na drugą stronę, zdecydował się zostać i kontynuować drogę wyznaczoną na Reinkaos.

Czy może być dla tej płyty lepsza rekomendacja? Sami chyba przyznacie, że to raczej trudne.

Ocena: 9/10


Synu
Latest posts by Synu (see all)

Tagi: , , , , , , .