Embitter – „1134” (2020)

embitter 1134

Warszawski Embitter zamierzenie lub nie zabrał mnie na wycieczkę do krainy wiecznej młodości. Piękne to były czasy, kiedy młodzi ludzie buntowali się i dla swojego wkurwienia na zastany stan rzeczy szukali odpowiedniej formy wyrazu. Jedni znajdowali go w rapie, inni w biciu się na stadionach, a jeszcze inni nie mogli się zdecydować, czy bardziej agresywny jest brutalny hardcore, czy może jednak potężny metal. Ci ostatni stworzyli metalcore w jego najlepszej formie – jako niebezpieczne dziecko dwójki niebezpiecznych rodziców, jako muzykę łączącą bezpośredniość hc z brutalnością ekstremy, zanim jeszcze nieuchronna ewolucja kazała im tam dorzucić trochę szwedzkich melodii, co też na złe im na początku nie wyszło. W tej właśnie epoce Embitter odnalazłby się znakomicie, pewnie byłby jedną z wiodących firm pociągających za sobą metalową młodzież pragnącą czegoś nowego i kujący swoją małą legendę. Ale stało się tak, że debiutancki album formacji ukazał się w 2020 roku, stąd nieuchronna wycieczka dwie dekady wstecz.

Embitter przyjęli hasło make metalcore great again i w formule jeden do jednego przywrócili do życia tę muzykę z czasów, kiedy naprawdę potrafiła zamieszać. Dzisiejsze legendy gatunku, wszystkie Killswitch Engage, As I Lay Dyingi i inne Calibany wtedy dopiero zaczynały i w znakomitej większości przypadków wtedy wykuwały najlepsze albumy, zanim pojawiły się wielkie sceny, olbrzymie produkcje i kolejne dolary i euro. Embitter jest jednak od nich wszystkich brutalniejszy, dzielnie przyjmując na siebie kontynuatora tradycji rodzimych Faust Again, Angelreich czy Sunrise. I trzeba powiedzieć, że Embitter wziął na swoje barki wszystko – zarówno to, co dobre, jak i to, co złe, choć jednocześnie uczciwie dodajmy, że tego pierwszego jest znacznie więcej.

1134 to przede wszystkim bardzo dobrze skrojony metalcore, ale jeśli hardcore został tu zmieszany z jakimś metalem, to jedynie z death metalem (edit: przy każdym kolejnym odsłuchu skłaniam się jednak ku tezie, że prymarnym gatunkiem jest tu death metal, który został ubogacony o elementy hc). Znajdziecie go tu dużo – od samego brzmienia, przez ogólny zaduch i atmosferę desperacji unoszącą się nad tym albumem. Embitter jest masywny, wkurwiony i tworzy nieustającą ścianę dźwięku. Słuchacz musi być uważny – w tym huraganie ciosów trzeba zachować skupienie, nie jest to album, który sprawdzi się jako muzak. Frustracja i desperacja leje się tutaj w każdej sekundzie. Inteligentnie poskładane riffy urozmaicają troszeczkę tę tkankę, choć w tej agresji łatwo te elementy zgubić. Embitter nie daje zresztą czasu na poszukiwania, bo powoli prowadzi słuchacza w kanał. Z minuty na minutę, z numeru na numer dociska hamulec, by w wolniejszym Redemption kruszyć kości ciężarem, który jest niemal nie do zniesienia. To zresztą punkt zwrotny albumu. W moim odczuciu to w tym utworze zbiegają się wszystkie jego najlepsze cechy: brzmienie, ciężar i gniew. Nie oznacza to, że dalej jest nieciekawie, mamy bowiem choćby jeszcze świetny Orwellian, który znów przywodzi na myśl stare klasyki gatunku spod znaku pierwszych dokonań Heaven Shall Burn.

Wraz ze swoimi najlepszymi cechami Embitter odziedziczyli po swoich protoplastach z początku wieku również największą wadę: homogeniczność. Pomimo iluś już lektur albumu, poza Orwellian nie jestem w stanie z pamięci przytoczyć jednego riffu, jednego momentu. Całość zlewa mi się w jedną wielką pigułę. Owszem, w numerach mnóstwo się dzieje, ale – jak wpomniałem wcześniej – w tej furii łatwo się zgubić. Nie ma momentów, które wystawały by ponad resztę, nie ma takich, które wydawałyby się nieco bardziej charakterystyczne, dawały trochę innego koloru.

Wciąż jednak nie zmienia to zbytnio mojego odbioru 1134. Jestem zadowolony z tego, co dostałem i w sumie nieco zdziwiony, że tą drogą nie podążą więcej zespołów. Embitter zrobił na mnie wrażenie szczerością i przemyślaną formułą, być może świadomie wracającą do korzeni gatunku, a być może przypadkiem. Nie ma to znaczenia. 1134 polecam z czystym sumieniem każdemu, kto zdążył się stęsknić za metalcore, który zamiast ładnych piosenek proponował łamanie karków.

8/10

Embitter na Facebooku – tutaj.

Sprawdź też: Hostia, Vane, Perpetual, The Lowest, The Dog, Orphanage Named Earth

nmtr
Latest posts by nmtr (see all)

Tagi: , , .