Można przez setki lat siedzieć w tym samym, zapleśniałym grobowcu i używając wydrążonych czaszek i piszczeli grać identyczne dźwięki, jak za młodu. Czasem to się sprawdza, nie powiem. Sam uwielbiam zespoły, które hołdują oldschoolowym rozwiązaniom. Pochodzący z bieszczadzkich terenów Neolith poszedł drogą zmian, unowocześniając swoją pierwotną, klasyczną death/doomową estetykę. Choć będą tacy, którzy zatęsknią do dawnego stylu, to jednocześnie nie ulega wątpliwości, że muzyka zawarta na Izi. Im. Kurnu-Ki to kawał solidnego metalu, podanego w nowoczesnej oprawie, w której jednak nie gubi się pierwotna, nieokrzesana siła undergroundu.
Czwarta długogrająca płyta w dorobku Neolith, to rzecz przemyślana, a zarazem szczera. Udało się nagrać album, który nie odbiega od tegorocznej czołówki death/blackowych wydawnictw. Jednocześnie muzyka zawarta na Izi. Im. Kurnu-Ki nie poddaje się jednoznacznej stylistycznej definicji, bo mamy tu różne odmiany ekstremalnego grania, ze środkiem ciężkości położonym na techniczny, ale nie przekombinowany death, któremu towarzyszy industrialno/elektroniczny posmak i klimat bliskowschodnich mrocznych rytuałów, przywoływany także w tekstach. Jurek Głód bardzo sprytnie korzysta tu z elektroniki, która w poszczególnych utworach nie stanowi błyskotki, ciekawostki, bezsensownego dodatku, ale buduje odpowiednią atmosferę i ożywia całość. Klimatyczny, złowrogi, marszowy wstęp w postaci Hear Our Calling. Króciutkie, ale dodające magicznego sznytu dźwięki na początek i koniec kawałka Chariots of the Gods. Tajemnicze dźwięki w tle, jakby sam Belzebub przygrywał na fujarce (Enlil). Wszystko ma tutaj swój sens. Także nastrojowy, instrumentalny oddech w postaci Inferludium.
Ale nowy album to przede wszystkim solidne łojenie, któremu nie brak rozmachu. W utworze Of the Angel and His Orison dostajemy na przykład wściekły atak gitar i eskcji, wzbogacony jednak para chóralnym śpiewem w tle. Trochę deathowej tradycji, podanej jednak w nowocześniejszym anturażu znajdziemy w E.A. Firebringer. Bywa tu mrocznie, dostojnie, intensywnie jak w One Is the Truth and the Truth Is the One, który może się momentami kojarzyć z Morbid Angel albo Behemothem. Niespiesznie, ale konkretnie rozpoczyna się Khufu Arise!, gdzie pojawia się z czasem więcej przestrzeni, do tego polski, recytowany tekst, a na koniec rozbrzmiewa nam tradycyjna pieśń sakralna. Jest tego oczywiście więcej – potrzeba czasu by wychwycić wszystkie smaczki, dać się porwać tym motywom. Zawartym na płycie riffom po prostu nie można odmówić pewnej ekstremalnej chwytliwości, wystarczy posłuchać otwierającego Ire Thru Fire motywu lub przebojowego (w ekstremalnych kanonach) refrenu Enlil.
Świetna praca gitarzystów i sekcji – mocna, konkretna, ale bez popisów jedynie na pokaz. Do tego grobowy growling Leviego, uzupełniony blackowym wokalem. I ta szczypta elektroniki na dodatek. Dzięki tym składnikom udało się stworzyć bardzo smakowitą całość.
Interesująca płyta, które zabiera nas w tajemniczą podróż po zagubionych wśród piasków pustyni świątyniach, gdzie wciąż trwa pomieć o dawnych, krwawych rytuałach. Izi. Im. Kurnu-Ki to pokaz tego, jak w twórczy sposób Neolith łączy teraz klasyczne i nowsze patenty, godząc pokolenia i prezentując słuchaczom album, który może z dumnie reprezentować naszą rodzimą scenę.
Ocena: 8/10
Oficjalna strona zespołu na Facebooku: https://www.facebook.com/neolith
- Benzyna – „Pajac kultury” (2026) - 20 kwietnia 2026
- Infernal Codex – „Fog of Forgotten Souls” (2026) - 13 lutego 2026
- StygmatH – „Burning Memories” (2026) - 13 lutego 2026
Tagi: blackened death metal, death metal, industrial death metal, Izi. Im. Kurnu-Ki, Neolith, nowy album, premiera, recenzja.







