Site icon KVLT

Nephtys – „Dome” (2018)

Muzycy z belgijskiego Nephtys mają jaja, pokazali to już na samym początku mojej przygody z ich deiutanckim longplayem. Zespół wymieniający Melvins, Opeth, Neurosis, Kyuss czy Tool jako swoje największe inspiracje automatycznie zawiesza sobie poprzeczkę niebotycznie wysoko. Może wręcz okazać się to mieczem obosiecznym – wprawdzie trudno na podstawie samych inspiracji spodziewać się bóg-wie-czego, po zobaczeniu wyżej wymienionych nazw można jednak liczyć na coś przynajmniej bardzo dobrego – cokolwiek gorszego od „dobrego albumu” mogłoby być rozczarowaniem. Pytanie więc brzmi: czy Dome spełnia rozbudzone w ten sposób oczekiwania słuchaczy?

Odpowiem od razu – jak najbardziej. Zespół po wydaniu trzech minialbumów dopracował swoje brzmienie i wydał album, który spodoba się wszystkim fanom stoner i sludge metalu. Jest ciężko i klimatycznie, bywa hipnotycznie, nie brakuje również wręcz obowiązkowych dla tego gatunku psychodelicznych fragmentów. Od pierwszych dźwięków wydanych przez gitary już podczas otwierającego Dome intra album wsysa słuchacza i wypuszcza go ze swoich objęć dopiero po ostatnich taktach zamykającego krążek jedenastominutowego Plague. Skoro już przy jesteśmy przy minutach – zespołowi udało się dokonać trudnej sztuki nie zanudzenia słuchacza podczas długich utworów (a innych tutaj nie ma – singlowy Seed trwający sześć minut jest najkrótszym ze wszystkich numerów, oczywiście nie licząc intra). Te zaś płyną niepostrzeżenie jeden za drugim, utrzymując słuchacza w swoistym transie, zaś Corentin Longrée w każdym z nich pokazuje zakres swoich możliwości wokalnych, skacząc między czystym śpiewem a wokalem delikatnie przypominającym Adama Darskiego na żywo. W kwestiach głosowych to sludge’owa strona frontmana gra tutaj pierwsze skrzypce i choć generalnie nie miałbym nic przeciwko takiemu zabiegowi (tym bardziej, że Longrée jest w tym świetny), to jednak w przypadku Dome to czyste partie działały na mnie znacznie mocniej i mam nadzieję, że na kolejnym albumie Nephtys będzię więcej fragmentów śpiewanych.

Wielu trudności przysporzyło mi wybranie najlepszego utworu z tego albumu, gdyż przez długi czas to każdy kolejny był tym jedynym. Po ciężkich węwnetrznych bojach udało mi się w końcu wyróżnić nie jeden a dwa kawałki, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Chodzi mianowicie o Waves of Dawn oraz A Prayer In the Depths, w fotel wbiła mnie w szczególności środkowa część drugiego z nich. Z czystym sumieniem mogę jednak polecić dowolną pozycję z tracklisty Dome, tutaj nawet najsłabszy punkt (a jako taki wybrałbym Absence/Eternity, ale to tylko dlatego, że w przeciwieństwie do pozostałych utworów ten nie wbija w żaden mebel) mógłby stać się obiektem zazdrości innych zespołów reprezentujących ten nurt muzyki metalowej.

Kiedy jednak czar związany z muzyką nagraną na płytę CD minie, można dostrzec kilka rys na tym prawie idealnym dziele. Wszystkie z nich są widoczne dla oka, gdyż znajdują się w dołączonej do płyty książeczce. Okazjonalne błędy w odmianie czasowników w tekstach utworów powinny jednak zniknąć wraz z upływem czasu, a bądźmy szczerzy, muzyka nagrana przez Belgów jest tak cholernie dobra, że po prostu nie potrafię się na nich o te gafy gniewać.

Reasumując, Nephtys debiutuje z przytupem, a Dome jest albumem, któremu warto (a nawet trzeba) dać szansę. Trio z Belgii udowodniło, że dysponuje papierami na silną, konkurencyjną pozycję stonerowo/sludge’owej sceny. Co tu dużo mówić – z wypiekami na twarzy czekam na więcej!

Ocena: 9/10

Nephtys na Facebooku

 

 

Exit mobile version