Norma Jean – „Polar Similar” (2016)

Taki ze mnie naiwniak, że nadal wierzę w wyciśnięty jak cytryna i do granic możliwości przemielony metalcore. Kiedy wraz z kolejnymi przesłuchanymi „metalkorami” nadzieja upada, najnowszą płytę Amerykanów z Norma JeanPolar Similar” podsuwa mi z-ca naczelnego (i chyba winna jestem Ci ukłony Macieju!). Jeśli intro zaczyna się słowami „I hope you burn” , to czemu by nie sprawdzić, ile w tym prawdy. I co się okazuje? Nadzieja wraca! Poparzyć się można.

Norma Jean istnieje od 15 lat i z poprzednimi wydawnictwami nieszczególnie gościła w moich głośnikach, za to „Polar Similar” długo z nich nie wyjdzie. Cytując jednego z kvlt-owych redaktorów: „co tu się odjaniepawla” ! Płyta ma ciekawy koncept: jest podzielona na cztery rozdziały: I. The Planet, II. The People, III. The Nebula, IV. The Nexus. Wspomniany pierwszy numer rozpoczyna I rozdział niskimi gitarami, ciężarem i duchotą. Wydany na singlu drugi numer Everyone Talking over Everyone Else brzmi jak wczesny KsE na sterydach, a w 1,000,000 Watts wyraźnie czuć ducha Deftones. Podkręcone nieco elektroniką utwory z połamanym tempem i solidną perkusją Claytona „Goose” Holyoaka, jaką uwielbiam, z idealnie połączonym wokalem na kilku poziomach: mówiony, krzyczany, śpiewany, wywrzeszczany, nie dają wytchnienia aż do kolejnego rozdziału. Co za metalcore’owa opera (i nie, to nie jest pleonazm)! The People wprowadza intro z automatyczną sekretarką i niepokojącym klimatem, by za chwilę uderzyć dźwiękiem i szybkim tempem w Death Is A Living Partner (przewrotny, ciekawy tytuł, swoją drogą). Synthetic Sun to uczta pięknie uzupełnianych riffów Jeffa Hickey’a i Phillipa Farrisa.  I bardziej poukładany – Reaction – więcej stonowania, śmielszy skręt w stronę progresywności, mój faworyt na modłę wspomnianego Deftones czy Mudvayne z czasów „The End Of All Things To Come„. III rozdział ponownie zaskakuje intrem – niemal bluesowe i akustyczne zawodzenie, trochę w stylu Zakka Wylde’a z solowych projektów. Komercyjnym hitem może okazać się An Ocean Of War z najbardziej „ułagodnionym” wokalem w refrenach, przeplatanym krzykiem oraz znów wpadającymi w ucho riffami. Ukłon w progresywność znów pojawia się w przedostatnim A Thousand Years a Minute, ale to co Panowie z Norma Jean zaserwowali w ostatnim utworze, totalnie mnie rozdziera. Bo z jednej strony całościowo świetne, chwytające riffy, potężne brzmienie, fale dynamicznej perkusji jak na metalcore’wych gigantów przystało, a oni 10-minutowym, wręcz  przejmującym zakończeniem wyciągają brzmienie, którego sam Chino (tak, ten) by się nie powstydził. Wyrwali mnie z butów!

Nie byłabym sobą, gdybym nie zajrzała do tekstów. I też jest ciekawie. W warstwie lirycznej Panowie nie bawią się w recepty na ból tego świata, ale zwracają uwagę na podstawowe wartości: nie kłam, kochaj, zaufaj uczuciom, uwierz. Podsumowując, zdecydowanie polecam sprawdzić, co Norma Jean ma do zaprezentowania! Tak zgrabnego albumu, przemyślanego pod każdym względem, włączając okładkę z czterema szczurami, i w takiej akurat stylistyce, dawno nie miałam przyjemności przestudiować.

Ocena: 8,5/10

Joanna Pietrzak
Latest posts by Joanna Pietrzak (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , .