Dziwna nazwa jak na zespół grający black metal – pomyślałem. To musi coś oznaczać. Może jakiś nietuzinkowy pomysł albo jakiś specyficzny rodzaj muzyki… No to zaczynamy.
Norweski One Tail One Head to zespół, który co prawda powstał dziesięć lat temu, ale dopiero w zeszłym roku udało im się nagrać pierwszy album. Musiało być grubo podczas tych nagrań, bo w aktualnym statusie kapeli widnieje informacja, że zespół się rozpadł. Skoro jednak dostałem płytę wydaną przez Terratur Possessions (swoją drogą słyszę o nich po raz pierwszy w życiu), to czemu by nie spróbować wziąć tej jednogłowej i jednoogoniastej kreatury za rogi?
Album składa się z dziesięciu utworów i trwa trzy kwadranse. Numery na nim zawarte to epatujący złością black metal w specyficznie czystej odsłonie. Podkreślając słowo „czystej”, mam na myśli przede wszystkim partie wokalne i grę instrumentów. Zarówno growl Luctusa (znanego z z płyt Behexen), jak i partie gitarowe i basowe przepuszczone są przez minimalną ilość urządzeń tzw. zniekształcających. Efekty takiego oczywistego i niecodziennego zabiegu są dwa. Growl potraktowano bardziej jako brudny krzyk, niż głosy znane z większości black metalowych płyt. Natomiast gitara i bas są tak klarowne, że bez większego wysiłku można odróżnić każde uderzenie w struny. Takie podejście do tworzenia daje bardzo, ale to bardzo ciekawy efekt, który wyróżnia kapelę na kilometry. A jeśli dołożymy do tego równie wyraźne blastujące partie perkusyjne – otrzymujemy płytę nagraną po prostu świetnie.
Na szczęście tego pomysłu nikt nie zepsuł podczas miksowania albumu I choć kompozycje nie wydają się jakoś specjalnie wyszukane czy porywające, to z każdym kolejnym przesłuchaniem całość wydaje się dość spójna.
Ten galop przerywa na chwilę dwuminutowy antrakt An Utter Lack of Meaning, Hitherto Unbeknownst, Suddenly Revealed, ale po nim muzyka znów leje się z głośników krystalicznym strumieniem. Z albumu wyróżnia się jeszcze kawałek ostatni Summon Surreal Surrender, gdyż na tle pozostałych trwających po cztery-pięć minut jest strasznym długasem. Dziesięć minut to szmat czasu, zwłaszcza jak na utwór, który poza inżynierią dźwięku jakoś nie porywa ogólnym konceptem. No, poza elementami szokujących chórków w tym strumieniu kryształu. Kolejne brawa za pomysł.
Mimo moich utyskiwań co do braku ogólnej idei linii melodyjnych, płyty słucha się świetnie. Instrumentalnie jest dość pokręcona, sporo tu łatwych do wychwycenia smaczków, zwłaszcza tych granych na basie. A to także rzecz niespotykana. Tempo może i jest jednostajnie szybkie, ale nie jest to bezmyślne naparzanie w instrumenty. Aż szkoda, że Panowie się rozstali. Może następna płyta byłaby trzęsieniem ziemi w świecie black metalu.
Ocena 7,5/10,0.
- Mysthicon – „Bieśń” (2025) - 28 sierpnia 2025
- Sombre Figures – “Streams of Decay” (2021) - 15 lutego 2022
- Nigrum Tenebris – “I am the Serpent” (2021) - 14 lutego 2022
Tagi: 2018, black metal, Luctus, norweski black metal, One Head, One Tail, recenzja, review, Terratur Possessions, Worlds Collide, Worlds Open.






