Orkan – „Element” (2018)

Po inspiracjach thrashem pojawiających się na debiutowym Crimson Canvas i cięższym, bardziej blackowym brzmieniu Livlaus, Orkan nie zatrzymuje się w miejscu.
Norweski zespół dalej rozwija swoją muzykę, pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że po raz pierwszy nagrywa coś będącego w stanie naprawdę zachwycić słuchaczy.
Panujący na Element nastrój i wyjątkowo zdolnie stworzony pejzaż dźwięków odróżnia najnowszy album od dobrych, choć zdecydowanie bardziej przewidywalnych poprzedników.

Już samo intro na Lenker zatrzymuje na dłużej i jest dowodem na to, jakie  doświadczenie zespół zdążył zdobyć w ciągu swojej kariery. Pomimo wchodzącego później growlu, wyrazistych gitar i przyspieszającej perkusji kawałek jest wyjątkowo dobrze wyważony. Nie ocieka agresją, zamiast tego zgrabnie zakończona kompozycja stanowi odmianę od starszego materiału, który często od początku do końca stawiał na szybkość. Lenker to obiecujący wstęp, który bardzo dobrze wprowadza w atmosferę albumu.

Poprzednim wydawnictwem Livlaus zespół udowodnił, że jest w stanie nagrać dziewięciominutowy utwór, a na Element tylko to potwierdził dwoma utworami również zamykającymi się w podobnym czasie.
I flammar skal du eldast na samym początku przywodzi na myśl Dualitet og Ulver czy Ouroboros znane z repertuaru Helheim. Zarówno pierwsza część utworu, jak i wchodzące po sześciu minutach nieprawdopodobne riffy idealnie połączone z wokalem skojarzyły mi się właśnie z Helheim. Nic dziwnego, w końcu oba zespoły wydawane są dzięki Dark Essence Records, a na żywo w Taake grają przecież założyciel Helheim, V’gandr, jak i gitarzysta zespołu Orkan, Gjermund Fredheim.
Dzięki wpływom tak znanych i – pozwolę sobie powiedzieć – tak znakomitych zespołów jak Taake i Helheim, Orkan staje się bardziej charakterystyczny, a ich muzyka nabiera autentyczności. Poza porządnym black metalowym graniem znanym z wcześniejszych albumów, Orkan dodaje wiele interesujących partii, jednocześnie nie kopiując bezczelnie żadnego innego zespołu.

Nie jest zaskoczeniem, że to właśnie I flammar skal du eldast ukazał się jako pierwszy singiel z albumu Element. Wyrazisty, przepełniony emocjami, a przede wszystkim znacznie ciekawszy niż cokolwiek zaprezentowanego wcześniej przez Orkan – mistrzostwo.
I flammar skal du eldast wysoko postawił poprzeczkę dla kolejnego dziewięciominutowego utworu. Choć Avmakt w porównaniu ze wspomnianym kawałkiem wypada mniej oryginalnie, czas trwania utworu jest zorganizowany z dużym wyczuciem, zwłaszcza mroczniejsze przejścia zwalniające po dynamicznym wstępie utworu.

Iskald i Motstraums nieco mniej przykuwają uwagę, nie uważam jednak, żeby to było coś złego. Po pozytywnym zaskoczeniu początkiem albumu dobrze było na chwilę odetchnąć i wrócić do kompozycji, do jakich po Livlaus można było się już przyzwyczaić.
Dosyć podobnie jest z Den våte grav – po monumentalnym Avmakt (i zwłaszcza przed rewelacyjnym zwieńczeniem albumu) utwór trochę mniej zapada w pamięć.

Najlepsze zostaje na koniec, Orkan zamyka krążek utworem Heim.
Finał pokazuje, że można czasem zwolnić, nadać kawałkom atmosferyczne brzmienie, a nawet trochę poeksperymentować. Na tle całości albumu ostatnia ścieżka jest jak potwierdzenie tego, że black metal to przede wszystkim muzyka budująca klimat i nastrój.
Na takie zakończenie słuchacze nie mogą pozostać obojętni, to coś więcej niż imponująco szybkie riffy czy kolejna porcja growlu.
Inspirowane folkiem nordyckim Heim różni się od prezentowanego wcześniej na albumie norweskiego blacku z wpływami viking metalu, ale nie odstaje od całości i wciąż stanowi jej nieodłączny fragment.

To fantastyczne zakończenie pokazuje, że warto odrzucić schematy, jeśli tylko ma się na to dobry pomysł. Na najnowszej płycie Orkan ich z pewnością nie brakowało.

Ocena: 8/10

Annika
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , .