Bardzo się przeciągało oczekiwanie na nowy album Queens of the Stone Age, tym bardziej, że po – w moim odczuciu – nie do końca udanym poprzednim wydawnictwie nie do końca było wiadomo, w jakim kierunku zespół podąży na swoim ósmym longplayu. Optymizmem nie napawały na pewno kłopoty w życiu osobistym (nowotwór, rozwód, sądowa walka o opiekę nad dziećmi), z jakimi musiał niedawno się zmagać Joshua Homme, mózg formacji. Amerykanin to na szczęście twarda sztuka, a te trudne doświadczenia przekuł właśnie w In Times New Roman…, czyli jedną z najlepszych pozycji w dyskografii QOTSA.
Nowe dziecko Queens of the Stone Age porzuca taneczną stylistykę wspomnianego Villains i jest albumem zdecydowanie bardziej gitarowym i sporo cięższym od swojego poprzednika – również w warstwie lirycznej, w której można dokładnie usłyszeć, przez co w ostatnim czasie przechodził Homme. Muzycznie to taka lepsza wersja Era Vulgaris. Można więc powiedzieć, że zespół po raz pierwszy w karierze wykonał krok wstecz (w drzewku ewolucji QOTSA umiejscowiłbym ich nowe wydawnictwo właśnie pomiędzy tym z 2007 roku, a …Like Clockwork), jednak wygląda na to, że taki krok był niezbędny, aby panowie powrócili na twórcze wyżyny. Utwory na In Times New Roman… mogę podzielić jedynie na dwie kategorie: świetne oraz bardzo dobre, a tych pierwszych jest znacznie więcej. Zapychaczy czy pozycji, które po prostu nie przypadły mi do gustu, nie uświadczyłem.
Do tej pierwszej kategorii zaliczam na pewno świetne single (Carnavoyeur i Emotion Sickness), po premierze których od razu poczułem ekscytację nowym wydawnictwem Amerykanów. Absolutnym bangerem jest zagrany na pełnej prędkości, niesamowicie chwytliwy Paper Machete (choć może trochę za bardzo przywołujący echa Little Sister z Lullabies to Paralyze) – to koncertowy, bardzo energetyczny pewniak. Znakomite wejście w In Times New Roman… stanowi pełen charakterystycznego brzmienia QOTSA Obscenery, wtóruje mu zamykający, aż dziewięciominutowy Straight Jacket Fitting, którego akustyczna końcówka mogłaby w zasadzie pełnić rolę outra na trackliście. Znakomicie wypadają też bujający i przepełniony emocjami Negative Space, żwawy Time & Place z charakterystycznie połamaną melodią, złowieszczy Sicily czy kolejna z tak zwanych petard, czyli energiczny What the Peephole Say. Najsłabszy jak dla mnie jest Made to Parade, choć i tutaj główny riff kołysze jak należy, przez co nie mogę nazwać tego utworu nieudanym. Niestety jego końcówka została niepotrzebnie przeciągnięta i jest jedynym momentem In Times New Roman…, który mi się dłużył.
Ośmy album Queens of the Stone Age to triumfalny powrót tej zasłużonej rockowej formacji, przy którym Villains wygląda jak zwyczajny wypadek przy pracy. No cóż, każdemu może się zdarzyć. Ważne, że panowie naprawili go najlepiej jak mogli i chyba nawet nieco przebili ewentualne oczekiwania, choć trochę im to niestety zajęło. Warto było jednak czekać, gdyż nowe dziecko Josha Homme’a zapewne zagości w niejednej tegorocznej “topce”
Ocena: 9/10
QOTSA na Facebooku
- Morpholith, Moonstone, Triangle Choice – Katowice (08.04.2026) - 17 kwietnia 2026
- HellFuck – „9 Nails Hammered Into the Flesh of God” (2026) - 9 kwietnia 2026
- Pothamus – „Abur” (2025) - 31 marca 2026
Tagi: 2023, Alternative Rock, Hard Rock, In Times New Roman..., Matador Records, Queens Of The Stone Age, recenzja, review, Sonic Records.






