RazorRape. Już sama nazwa mi się spodobała. I choć nie znałem wcześniej twórczości Szwedów to już od pierwszych nut „Orgy in Guts” poczułem się jak u siebie w domu. To znaczy, jak w chlewie. To znaczy, kto lubuje się w wszelkiego rodzaju grindach będzie zadowolony, a może nawet szczęśliwy.
Zanim jednak przejdziemy do opisów Orgii, słowo wstępu o twórcach. RazorRape jest jednoosobowym tworem niejakiego Martina Schönherra, który to troszkę ponad dziesięć lat lat temu uznał, że zacznie świniować. Jak pomyślał, tak też zrobił i przez dekadę z kawałkiem zdążył nagrać kilka mniejszych pozycji i trzy pełniaki, z czego recenzowany tu „Orgy in Guts” jest najnowszy. Nadmienię tylko, że większość krążków wydała wytwórnia Rotten Roll Rex, co, swoją drogą, jest naprawdę niezłą rekomendacją.
Już okładka sugeruje czego można się po płycie spodziewać. Cmentarz, flaki, więcej flaków, gdzieś w tle widać kobietę nie do końca zmartwioną faktem towarzyszącego jej zombie (albo jakiegoś innego straszydła zbyt jurnego by zostać w grobie), a główny plan raczy nas obrazem biskupa „tentegowanego”
przez świniogłowe shemale, które jest przy okazji maskotką zespołu. Słodziutko, a jeszcze nawet nie włożyliśmy płyty w napęd.
Natomiast gdy już to zrobimy przywita nas pierwszorzędny grindcore z naleciałościami brutal death metalowymi. Gitary ostre jak brzytwa wspomagane ciut przytłumioną perkusją i wokalem z chlewa rodem (bogowie, te wokale! Posłuchajcie „Choking on Feces” od minuty. Normalnie gwiżdżąca świnka!) prą nieustannie do przodu wycinając kolejne szramy w mózgu odbiorcy. RazorRape nie bierze jeńców, atakując już na starcie mocarnymi strzałami („A Beast of Human Waste„) i nie przestając przez kolejne 30 minut i 15 kawałków.
Przechodzimy teraz do mojej ulubionej cechy płyty. Bez ogródek: im dalej w to bagno tym lepiej. Serio, każdy kolejny kawałek jest lepszy od poprzedniego! Początek „Orgy in Blood” kiwa głową, środek już nieźle buja, ale od dziewiątego na liście „Bitch Butcher Boogie” zaczyna się pogrom. Wspomniany BBB wspomagany wstawkami country (nawet nie zdajecie sobie sprawy jakiego uroku dodaje to utworowi), „Rampage In Red” będący w mojej skromnej ocenie najlepszym strzałem na krążku i zamykający „Tennis Rocket God” czyli świński rock’n’roll to właśnie to, za co kocham grindową niszę. Jest brudno, jest ostro, jest komicznie i skocznie. Tu i tam punkowe wstawki podrywają do tańca, zdarzają się też momenty a’la brutal death metal, choć jest ich niedużo i nie wytrącają z klimatu.
Podsumowując: jest pysznie. Daję płycie w pełni zasłużone 8,5. Że nic w tym odkrywczego? Fakt. Jednak RazorRape serwuje nam to, co znamy i kochamy w formie, jaką znamy i kochamy a czasami nawet dodając coś od siebie. Nie znalazłem też żadnych większych minusów. No, może wspomniana wyżej perkusja, ale to szczegół. Skutek jest miażdżący i każdy, komu bliskie pikawce są brzmienia spod znaku Jig-Ai/Gutalax żwawo i z uśmiechem na ustach weźmie udział w Orgii we Flakach. Rzekłem.
Ocena: 8,5/10
- Ayyur – „The Lunatic Creature” (2018) - 13 lipca 2019
- Psychopathic – „Phases” (2018) - 6 lipca 2019
- Himura – „Exterminio” (2016) - 30 czerwca 2019
Tagi: 2015, grindcore, kapitan bajeczny, Orgy in Guts, RazorRape, recenzja, Rotten Roll Rex.






