Red Hot Chili Peppers – “The Getaway” (2016)

Zacznę od tego, że bardzo podoba mi się okładka tego krążka. Dla mnie jest mocno utrzymana w Red Hotowym stylu i pozytywniej nastraja do zaznajomienia się z zawartością albumu aniżeli nieszczęsna mucha na obrazku do I’m With YouPoprzedni krążek to było ewidentne docieranie się zespołu z Joshem Klingerhofferem, który w teledysku do Dark Necessities w końcu jawi się jako pełnoprawny członek RHCPowej rodziny. Należy też zwrócić uwagę na chórki w jego wykonaniu, które utworom dodają świeżości. Grupa zdefiniowała swój styl w pełni na Blood Sugar Sex Magik. Wielki, mainstreamowy sukces przyniosło im Californicationa prawdziwą rozpustę i stylistyczną wszechstronność pokazali na podwójnym krążku Stadium Arcadium po którego wielkim sukcesie zdezerterował Josh Frusciante. Grupa jednak nie złożyła broni, The Getaway to drugi krążek w “nowym” składzie, o ile można tak mówić w kontekście 7 letniego stażu na pokładzie Josha.

Single już znamy więc przejdźmy do reszty materiału. We Turn Red oparty jest na dość prostym, nieco mechanicznym rytmie, z którego wyłamuje się śpiewny refren. Pierwsza bardziej nastrojowa wycieczka ma miejsce przy chwytającym za serducho The Longest Wave. Bardzo fajnie się rozkręca Goodbye Angels z całkiem mocną końcówką, a Sick Love ma potencjał na niezobowiązujący, wakacyjny hicior, który przyjemnie buja. Go Robot momentalnie przywiódł mi na myśl ostatnie dokonania Daft Punk i to jest absolutnie jeden z najlepszych numerów na krążku. Detroit wyróżnia się uderzeniem dzwonka i staroszkolnym szyciem na gitarze, który spokojnie nadaje się na singla. This Ticonderoga to zdecydowanie najdynamiczniejszy numer. Mogłoby być takich na płycie nieco więcej. W ostatnich trzech numerach Papryczki stawiają na nastrojowość, najbardziej wyróżnia się The Hunter – rozmarzony, eteryczny, uduchowiony. I niby wszystko ładnie pięknie, od pierwszych dźwięków wiemy z jakim zespołem obcujemy, ale nie obraziłbym się gdyby panowie zaserwowali nam więcej łomotu, więcej funk-rocka. The Getaway jawi mi się jako takie leniwe, sentymentalne łazikowanie po kalifornijskich ulicach z okazjonalnymi zrywami by troszkę pobiegać po starych śmieciach. Nie żebym miał to grupie za złe, bo nie przysypiałem ani razu, ale niektóre kawałki po prostu nie przykuły mojej uwagi zbyt mocno.

Mówi się, ze dojrzałość artystyczna wiąże się z porzuceniem pierwotnej energii na rzecz stonowania, ugrzecznienia i wygładzenia. RHCP to nie są już młodzieniaszki, i choć Flea gibie się w teledysku do Dark Necessities jakby miał 20 lat, to zmarszczki swoje mówią. Brzmi jakbym marudził, ale prawda jest taka, że nawet stonowani Red Hoci to fajni Red Hoci, których albo się lubi, albo nie trawi. Bardziej nostalgiczna płyta im nie zaszkodzi, wręcz przeciwnie, wzbogaca ich obecny dorobek. I na pewno nie podzieli losu One Hot Minute bo już teraz widać bardzo duże zainteresowanie tym krążkiem, i to nie tylko w naszym kraju. Zawiedziony nie jestem, pod niebiosa nie skaczę, docieram się z tym albumem i po prostu uważam, że jest bardzo dobry, na solidną ósemkę. I taką też ocenę pozostawiam.

Ocena: 8/10

Piotr

Tagi: , , , , , , , , .