Ileż to już doomów przesłuchałam? Sporo, szczególnie w okresie jesiennym. Po takim czasie słuchacz staje się coraz bardziej wymagający, szuka czegoś oryginalnego w danym gatunku, czegoś, co go zaciekawi. Trochę miałam nosa biorąc do recenzji fińskie trio Seal of Beleth i ich najnowsze wydawnictwo o tym samym tytule.
Słucha się tego przyjemnie. Mimo wolnego tempa, czuć takie rockowe zacięcie w pierwszym na płycie Nightmares. Bardzo ciekawie komponuje się głębia growlingu z wbrew pozorom dość, nazwijmy to, „bujającym” charakterem utworu. Panowie idą zdecydowanie w kierunku tradycyjnego doom metalu. Są momenty ekstremalnie ciężkie i zwolnione, charakterystyczne dla tego podgatunku, ale nie sprawiają wrażenia, że dziesięciominutowa kompozycja trwa w nieskończoność. Z kolei następny w kolejce, czyli Statue of Failure, rozpoczyna się spokojnym i delikatnym 1,5 minutowym intro, aby później trochę nas przygnieść i jeszcze w późniejszej części niemal wgnieść swoim wolnym tempem. Aby nasze bicie serca nie spowolniło jak gitary oraz perkusja, zostało to ładnie okraszone najpierw przesterowanymi riffami, a następnie w tle cichymi dźwiękami a la organów . Można się też pokusić o stwierdzenie, że Seal of Beleth dyskretnie romansuje tutaj ze stonerem.
Niestety, tak jak zapowiadało się po dwóch kompozycjach całkiem nieźle, to w trzeciej zespół wpadł w pułapkę schematyczności i marazmu. Tak, czasem prostota jest zdecydowanie lepsza niż przerost formy nad treścią. Jednak nie tutaj. Ponownie mamy do czynienia ze spokojnym intro, które przeradza się w typowe doom metalowe wolne riffy, przełamane w pewnym momencie pojedynczymi, lekko zmodyfikowanymi i dodatkowymi dźwiękami. Wolne motywy są oparte na kilku riffach, które wciąż się powtarzają i szybko nudzą słuchacza. Ma się wrażenie, że instrumenty grają, bo grają. Ten 14 minutowy Black Toad z pewnością nie skróci Wam oczekiwania na komunikację miejską, a wręcz przeciwnie. Kończący Amon Unbound już częściowo wyłamuje się ze schematu. Chociażby intro z gitarą akustyczną stanowi o większej oryginalności. Również koniec z powiewem jakby black metalowego riffu jest dość ciekawy. Niemniej muszę stwierdzić, że bardziej sprawdzają się na albumie te utwory, które nie są dłuższe niż 11 minut.
Na Seal of Beleth nie ma wprawdzie niczego, co już by się kiedyś nie pojawiło. Dużo jest chwytliwych momentów, zdarzają się też te dłużące się (między innymi cała „Trójka”). Mimo to jest w tym wszystkim nadzieja na to, że kolejne albumy mogą być jeszcze lepsze. Niektóre dźwiękowe patenty zapadają w pamięci i urozmaicają całość. A w związku z tym, że większość tego materiału jest słuchalna oraz przyswajalna, dostaje sprawiedliwą siódemeczkę.
Ocena: 7/10
- Debiutancki singiel zespołu Inanes - 28 grudnia 2020
- King Apathy – „Wounds” (2019) - 17 października 2020
- My Dying Bride – „The Ghost of Orion” (2020) - 8 marca 2020
Tagi: 2015, doom metal, nowy album, Patologian Laboratorio Productions, recenzja, Seal of Beleth.






