Sex Murder Art – „End of Existence” (2015)

Są takie płyty, których najlepszym podsumowaniem jest ich własna okładka. Wystarczy tylko rzucić na nią okiem i wszystko nagle staje się jasne. Sex Murder Art nagrało właśnie coś w ten deseń. Popatrzcie w lewy górny niniejszego artykułu i pomyślcie, co może kryć się za niewyraźną, brzydkawą i niespecjalnie wyróżniającą się grafiką.

Z każdym razem, gdy próbuję zrozumieć politykę Rotten Music, angielska wytwórnia pokazuje mi faka, język ewentualnie. Wydają rzeczy genialnewydają gnioty i nigdy nie wiesz, na co tym razem trafisz. Tym razem trafiło na Kolumbię. End of Existence jest pierwszą płytą Sex Murder Art (dobry pomysł na nazwę zespołu, trzy losowe słowa. Czekam na materiał od Toster Błoto Cycek). Zawiera siedem premierowych utworów, do których bonusowo dorzucono, co jest fajne, dwa utwory z demówki i trzy koncertowe, a wszystko to razem gra przez prawie pięćdziesiąt minut. Co jest ultra niefajne, no ale co zrobisz.

Pierwszy odsłuch Płeć Morderstwo Sztuka przeprowadziłem tak jak zawsze: w zaciszu mojego legowiska, na sprzęcie starym, sprawdzonym, bardzo lubianym, czyli w warunkach tak standardowych, jak przyjaznych. Przyjaznych dla mnie, bo folklor kolumbijski widocznie nie toleruje mojego starego plejera (może kokainy powinienem mu wsypać w bebechy…. Nie, panie prokuratorze, to nie na serio, przysięgam). Naprawdę nie spodziewałem się, że coś może brzmieć na tyle źle, że płytę wyprosiłbym w połowie. A co śmieszniejsze, ja nie mówię teraz o muzyce. Prawdę mówiąc to ja tej muzyki nie słyszałem, słyszałem za to jedno wielkie, pardon my french, gówno, bo inaczej produkcji nie da się nazwać. W całej tej niesłuchalnej karuzeli spierdolenia prym jednak wiedzie perkusja, która jest: a) za głośno, b) niewyraźnie i nierówno, c) ogólnie lipnie, ale najgorszy jest d) werbel. Lepszy werbel zapewnia sobie znajomy w niektórych kręgach pan Miecio spod jedynki, jak na bani założy wiadro na łeb i pierdolnie w niespodziewaną przeszkodę typu latarnia. Ludzie, ja rozumiem, że gusta nie podlegają dyskusji, no ale bez przesady. Zresztą, co tu dużo mówić, lepiej od tych, według wkładki, studyjnie nagranych kawałków lepiej brzmią te zrobione w studiu domowym, a nawet koncertówki! Święci no, jak tak można?

Na szczęście dla recenzji i SMA, tym razem wykazałem się cierpliwością i spróbowałem się posiłować z materiałem na innym odtwarzaczu. I muszę przyznać, że gdy już znajdziemy taki, na którym da się ustawić End of Existance do pionu, to zrobi się całkiem przyzwoicie. Wiadro niby dalej jest, ale za to gitary i bas dają się rozróżnić i nie brzmią jak wielkie spięcie, wokal też wchodzi. Sample niestety dalej pozostają fonicznym odpowiednikiem Rikki Sixx, co boli tym bardziej, że długie i częste. Ale za to człowiek dostrzega takie brzmienia, jak sporo riffów thrashujących (End of Existence, Murder With Hate), trafia się też prośna polka (Incinerating the False Prophets) i ogólnie jest nawet-nawet, bez wodotrysków, początkowo-pozytywnie. Co ciekawe, Human Sickness i Eathing Human Flesh, czyli te dwa z demka, są w moim mniemaniu nie tylko najlepiej nagrane, ale i ogólnie best płyty. Szczególnie wokal pięknie na nich brzmi. Dokładnie tak, jak powinien.

I weź tu bądź mądry. Niby dobrze, ale nie. Nawiązując do wstępu powiem tak: jak coś na tej okładce dostrzeżesz, to jest dobrze. Dostrzec niemniej jest trudno, więc spora ilość się od tego odbije. Jeśli o mnie chodzi, daję co daję i liczę na powtórne nagranie.

Ocena: 6/10

Kapitan Bajeczny
Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , .