Site icon KVLT

SEX MURDER ART – „The Human Sickness” (2016)

Marzę sobie czasami  że do każdej recenzji siadam w dobrym humorze, pełen chęci i dobrych wrażeń na temat materiału. Że świat składa się z samych dobrych płyt, albo przynajmniej że te złe jakoś umykają bez echa. A potem rzeczywistość sprowadza mnie na ziemię dostarczając takie właśnie krążki. I cały czar pryska.

The Human Sickness jest trzecim wypustem od kolumbijskiego Sex Murder Art. Wydane przez Rotten Music, zawiera dziewięć numerów utrzymanych w stylistyce quasi-brutalnego death metalu, w tym wszystkie już gdzieś się pojawiły (większość z nich pochodzi z pierwszej EP-ki). Jako, że nie mam najmniejszej ochoty przechodzić do faktycznych przemyśleń, dodam jeszcze, że wydanie fizyczne jest paskudne. W najgorszym sensie z możliwych. Niewyraźne zdjęcia, brak pomysłu, o okładce już nie wspomnę. No, może wytknę tylko perfidnie wklejone postaci (ekipa z Teething prawdopodobnie patrzy z uznaniem) oraz tego miniaturowego, końskiego zwisa wystającego zombiakowi po prawej. Pięknie, a jeszcze nawet nie wzięliśmy się za dźwięki.

Chociaż nie ma tu zupełnie o czym pisać. Przeciętność wylewa się z każdego elementu. Nie znalazłem na płytce ani jednego w miarę ciekawego motywu, a i większość połączona jest raczej umownie. Cały krążek rozpoczyna się diabli-wiedzą-co przedstawiającym intrem (jakieś kościelne masakry lub coś w tym guście), by zaraz potem wjechać z numerem Necrophiliac. Nie jest to całkiem antyutalentowana abominacja, ale poza jednym w miarę ładnym riffem, numer jest nudny i przeciągany. Wyróżniać się może też breakdown na tytułowym Sex Murder Art i… to będzie na tyle. Cała reszta jest nieciekawa jak matka Adiego i Seby z Wściekłych Pięści Węża. Nawet Double Barrel Penetration, oryginalnie wykonane przez Kraanium, tutaj jakoś tak traci moc i pazur. Cały krążek jest kończony przez Autro (nie, to nie jest mój błąd, sprawdźcie chociażby na bandcampie), które jest już totalnie zbędnym wycinkiem z kolejnego gore-splattera bez nazwy. Jeżeli zadajesz sobie pytanie, czy w tych prawie trzech minutach sampla jest jakikolwiek sens, śpieszę odpowiedzieć: no ni chuja.

Wyszło krócej niż zazwyczaj, ale proszę mnie nie winić. Tutaj literalnie nie ma o czym pisać, a cały krążek można podsumować prostym „szajs” lub wiadomym filmem z Filthy Frankiem i zegarem. Szkoda mi strasznie czasu spędzonego na odsłuchy i pisanie o The Human Sickness. Jeżeli zamierzasz posłuchać slamu, sugeruję odpalić jakikolwiek oznaczony tą frazą album na YouTube. Szansa, że trafisz na coś nudniejszego jest raczej niewielka.

 

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)
Exit mobile version