Skald – “Viking Chant” (2019)

Przyznam szczerze, że po latach odsłuchiwania i wychwalania pod niebiosa Einara Selvika, zwłaszcza występującego jako trzon norweskiej Wardruny, kolejny projekt przedstawiający mitologię nordycką w klasycznym „umetalowionym” wydaniu nie wywarł na mnie początkowo wielkiego wrażenia. Wszystkie te staro-nordyckie języki, instrumenty sprzed wieków i teksty tworzone jeszcze przez wikingów wydały mi się kopią wielkiej Wardruny, i co tu dużo gadać – w świetle wydanego właśnie albumu Skald Einara i spółki, jakoś za tego Skalda niezbyt chciało mi się zabrać.

 Staronorweskie pieśni jednak wykonywane przez Francuzów jakoś mnie nurtowały. A że Universal Music / Decca Records / Solstice Promotions (nie pytajcie mnie, skąd aż tylu ojców sukcesu, zawsze jest ich wielu) akurat zgłosiło się do nas z przedpremierową wersją krążka, to ciekawość wzięła górę.

Informacje na temat trzynastu utworów, trwających łącznie trochę ponad trzydzieści siedem minut, zapowiadały kawałki zwarte i treściwe. Takie przystępne dla przeciętnego słuchacza, niekoniecznie zakochanego w nordyckich starociach.

Aranże wydają się oczywiste. Wokale niczym nie podrasowane (wydobywane przez wokalne trio) i instrumenty tak zwane dawne dają nam produkty bliźniaczo podobne do tych wardrunowych. Nawet słyszalny wokal alikwotowy to naturalne zjawisko wykorzystywane szeroko w kulturach całego świata. Tak jak w Wardrunie. Do tego wstępy z kobiecymi wokalami a’capella, plemienne instrumenty rytmiczne i miarowaa muzyka nie pozostawia złudzeń – Francuzom udało się podrobić Wardrunę niczym chińczykom Ajfona.

Pomiędzy Skald Wardruny a Viking Chant Skalda jest jednak jedna może i drobna, ale zauważalna różnica. Einar Selvik z każdą płytą wchodzi głębiej i bardziej purystycznie w staronordyckie klimaty. A Skald to już taki doktorat z tej dziedziny, zrozumiały dla coraz mniejszej rzeszy publiczności, ludzi siedzącym, podobnie jak autor, w temacie. Viking Chant jest natomiast bardziej jak Runaljod – gap var Ginnunga (choć potężnego growlu Gaahla się tu nie uświadczy). Płyta jest przystępna, a na jej końcu zapodział się nawet utwór śpiewany po angielsku.

Polecam wszystkim fanom Wardruny czy Storm. Taka fajna płyta bez spiny. No i będzie można ją dostać nawet w Empikach!

Ocena 8,0/10,0.

 

Tagi: , , , , , , , , , .