O mamuńciu najdroższa, co ja znalazłem! Pośród zamawianych i wyczekiwanych krążków trafi się czasem taki, który pojawił się nie wiadomo skąd. Co gorsza, często jest to krążek, który pojawia się nie wiadomo po co, a jak się go już włoży do odtwarzacza, to nasuwa się pytanie „dlaczego?”.
W moim przypadku tak właśnie było z debiutanckim pełnowymiarowym albumem fińskiego projektu Sombre Figures. Album Streams of Decay wydany został w niewielkim nakładzie trzystu egzemplarzy przez niezbyt mi znaną niemiecką wytwórnię Deviant Records. Do tego album (uznany jako pełnowymiarowy) trwa niecałe pół godziny i w pierwszej chwili uznałem to za obrazę moich uczuć. Toż to na pęczki mogę wymienić EPki, które trwają dłużej, i w które muzycy włożyli więcej serca. A ile serca zostało w tych siedmiu krótkich numerach?
Trzy pierwsze numery to jakiś koszmarny chaos. Brudna blackowa napierdalanka nie nosi znamion przemyślanej i pretendującej do czegokolwiek muzyki. Brudne przesterowane gitary tworzą ścianę dźwięków bez kształtu i wyrazu. Aż razi. Perkusja goni także nie wiadomo za czym, gdyż jednostajne i szybkie tempo nie nosi znamion celowości. A do tego partie wokalne, które w ogóle mi nie podchodzą prawdopodobnie również z powodu zbyt mocnego przesterowania, brudu i braku jakiejkolwiek czytelności. Owszem, od czasu do czasu tempo ulega nieznacznym modyfikacjom i linie melodyczne stają się na chwilę nieco bardziej czytelne, ale nie przesłania to bezsensowności napierdalania w instrumenty dla samej idei napierdalania, w te biedne twory ramion chińskich lub tajwańskich robotów. Posłuchajcie na przykład drugiego na płycie utworu Grandmother of Death. No dramat. Również trzy ostatnie utwory nie przedstawiają sobą absolutnie nic ciekawego. Wita i żegna nas ta sama bezkształtna ściana dźwięków i perkusyjnego blastu, obrzygana przekombinowanym wokalem. Jedna wielka lipa. A pośrodku tego morza miałkości i zdegustowania stoi samotna biała wieża o nazwie Ancient Ride. Utwór co prawda w tempach umiarkowanych, ale spójny, czytelny mimo przesterów, sensowny, przemyślany i naprawdę ciekawy. Na uwagę zasługują zwłaszcza partie gitarowe i basowe, ale i wokal tak tu nie kole w uszy. Co prawda partie perkusyjne mogłyby nieco ożywić ten numer, ale i tak słucha się go z przyjemnością. Da się? Da się.
Przy tego typu muzyce czas trwania albumu staje się niewątpliwym atutem. Już sam kilkukrotny odsłuch jest nie lada wyzwaniem, a gdyby tak krążek trwał prawilnie godzinę? Strach myśleć. Niestety jedyna na tym albumie jaskółka w postaci Ancient Ride wiosny nie czyni i debiutanckiego Streams of Decay jakoś nie mogę Wam polecić. Zupełna strata czasu i pieniędzy. Scrollujcie dalej, a ten jeden kawałek to można znaleźć tu i ówdzie – polecam odsłuch jako utworu wyodrębnionego, nawet zyskuje na uroku.
Sombre Figures na Bandcamp
Sombre Figures w Encyklopedii Metalu
Ocena: 4/10
- Mysthicon – „Bieśń” (2025) - 28 sierpnia 2025
- Sombre Figures – “Streams of Decay” (2021) - 15 lutego 2022
- Nigrum Tenebris – “I am the Serpent” (2021) - 14 lutego 2022
Tagi: 2021, black metal, debiut, Deviant Records, fiński black metal, raw black metal, recenzja, review, Sombre Figures, Streams of Decay.






