10 marca, nakładem Century Media Records, odbyła się premiera siódmej płyty metalowców z Suicide Silence, pod tytułem Remember You Must Die. Tak, celowo użyłem określenia „metalowców”, zamiast deathcore’owców. Dla mnie Suicide od początku odstawał nieco od sceny deathcore. Oczywiście sposób ekspresji i brzmienia głosu Mitcha Luckera i częste breakdowny umieściły band na zawsze w kanonie miksu hardcore’a z death metalem, ale muzyka jako całość była silnie związana ze sceną metalową jako taką, a muzycy wyglądali i nosili koszulki kapel także z nią powiązanych. Nowa propozycja dla mnie jest swego rodzaju być albo nie być. Deathcore sam w sobie się skończył, moda minęła, zostało niewielu, a ci, co zostali, szukają „ratunku” w szerszym spektrum inspiracji. Podobną drogą poszedł Suicide Silence. Po przyjęciu do składu Hernana Eddie’ego Hermidy, wokalisty, który jest w stanie zaśpiewać praktycznie wszystko, zespół nagle otrzymał możliwość poszerzenia wpływów. Muzycy z szansy skorzystali i nagrali urozmaicone albumy, co spotykało się z częstym niezadowoleniem fanów. Ja należę do osób, które podeszły do sprawy z otwartym umysłem i oceniałem płyty po jakości, a nie po ewentualnej „zdradzie” gatunku.
Na nowość nie czekałem jakoś przesadnie, ale zmieniło się to po pierwszym singlu You Must Die. Pozytywne nastawienie ugruntował drugi singiel, który, dzięki wycieczce w załączonym do singla wideo w klimacie tanich filmów gore, nie tylko mnie rozbawił, ale i porwał muzycznie. Kompozycje promujące okazały się petardami w czystym stylu zespołu, w którym blasty wymieniają się z morderczymi ciężarami, z dominującymi nad wszystkim skrzeczącymi wokalami i niskimi growlami. Bez śpiewów, klimatów czy nu metalu, po prostu jazda od początku do końca. Krótko po drugim singlu miałem już okazję przesłuchać cały album i, proszę Państwa, Remember You Must Die to jest cios! Gruba, ostra jazda przez czterdzieści minut, wypełniona samym metalem, który ma zabić i to robi. Kompozycje jeden po drugim rwą skórę, rozszarpują ciało i łamią kości. Suicide Silence wrócił w wielkim stylu, bez kompleksów, bez poszukiwań, za to z ogromną ilością zajebistych riffów i z siłą bomby atomowej. Brzmienie uzyskane przez Taylora Younga (Nails, Vitriol, Twitching Tongues, Terror) to miód dla uszu. Bębny jeszcze nigdy tak dobrze nie brzmiały w Suicide Silence, a ich dynamika wbija w fotel. Gitary natomiast utrzymują balans między wyrazistością a drapiącym brudem, co daje nową jakość gitarzystom i na pewno nowy poziom brutalności.
Przy końcu krótko. Nie mam na tej płycie specjalnych faworytów, płyta jest równa i kosi skutecznie. Zaufajcie mi, ten album to istne piekło na ziemi, brutalne i bardzo skuteczne w swej wadze. Suicide Silence przyczyniło się bezpośrednio do powstania sceny deathcore, ale już z niej wyrosło i stało się mordercą atakującym na każdym levelu, bez ubierania się w rureczki, bez utwardzonych, wystylizowanych grzywek. To jest po prostu agresja.
Ocena: 10
Suicide Silence na Facebook’u.
- Sepulchral – „Beneath the Shroud” (2025) - 22 kwietnia 2026
- Guerra Total – „Of Death’s Apotheosis… Cthulhu’s Call and the Terror of the Cosmic Unknown” (2025) - 19 kwietnia 2026
- At the Gates – „The Ghost of a Future Dead” (2026) - 10 kwietnia 2026
Tagi: 2023, Century Media, death metal, deathcore, metal, recenzja, Remember… You Must Die, review, Suicide Silence.







