Czy Faust, trzymając w swych dłoniach wznowienie debiutanckiego i jedynego albumu grupy Taranis, wykrzyknąłby: Trwaj chwilo, jesteś piękna!? Jestem przekonany, że tak. Pewnie i sami muzycy poczuli coś na kształt ekscytacji i spełnienia, bo przecież pierwotne wydanie z 1994 nie mogło rzucić na kolana nikogo (w swej formie edytorskiej), co stępiało nieco wyraz niezwykłego konceptu artystycznego, wykraczającego poza standardy ówczesnej sceny metalowej. Oczywiście to nie wina Amaimona, Toma, Jacquesa i Piotra Talagi (który dołączył do składu przed nagraniami), a siermięgi lat 90. w naszym kraju, która miała swój podziemny czar i urok, ale często nie pozwalała rozwinąć skrzydeł, krępując je zwojami magnetofonowej taśmy. Cieszy zatem to, że z okazji trzydziestolecia ukazania się albumu fani, dzięki wydawnictwu Urtod Void, mogli zaopatrzyć się w bogate wydania winylowe i CD, wypuszczone z szeregiem klimatycznych dodatków, prezentów, niespodzianek – nie zabrakło nawet miejsca na gęśle pióro, gotowe do podpisania cyrografu. Wszystkie wersje sprzedały się na pniu, były komentowane i fetowane, co świadczy o pamięci starych fanów, ale też o legendzie Fausta. Dzięki temu legenda ta doczekała się nowego rozdziału i majestatycznego epilogu.
Wzięty z ponadczasowego dzieła Goethego cytat, którym rozpocząłem, jest w tym kontekście zasadny i narzucający się, ale nieco mylący. Muzycy Taranis odwoływali się w koncepcie fabularnym swojego albumu przede wszystkim do dramatu elżbietańskiego klasyka, Phillipa Marlowe’a, Tragiczne dzieje doktora Fausta (1588). Faust powstawał też w fascynacji dekadenckim i diabolicznym duchem Młodej Polski, kiedy różne formy sztuki łączyły się, a bohema artystyczna napędzała wzajemnie swą wyobraźnię, wiodącą często ku sferom tajemniczym i mistycznym. Amaimona, Toma, Jacquesa i Piotra inspirowały biografie i twórczość przede wszystkim Tadeusza Micińskiego, ale też Stanisława Wyspiańskiego, Witkacego czy Stanisława Przybyszewskiego – szerzej możecie poczytać o tym w wywiadzie, jakiego muzycy udzielili na potrzeby książkowej Rzezipospolitej Piotra Dorosińskiego. Dziś te odwołania wydają się dla części polskiej sceny blackmetalowej fundamentalne, ale wtedy były czymś świeżym i niesztampowym.

Warstwa liryczna przybrała na Fauście formę poematu psychodramatycznego, jak definiował to sam zespół, a muzyka miała stać się jego scenicznym dopełnieniem. Śmiałych i wizjonerskich planów przeniesienia diabolicznego misterium na teatralne deski nie udało się jednak zrealizować. Cieszy zatem, że wznowienie pełniej i trafniej oddaje początkowe ambitne zamysły – w różnych wersjach dostajemy rozkładany teatralny afisz, jak i sam stworzony przez członków Taranisa poemat. Album ten był zatem muzycznie, tekstowo i ideologicznie dziełem odważnym, jeśli weźmiemy kontekst czasów, w których powstawał. Przypomnę tylko, że Wadowiczanie zaczynali jeszcze w czasach sprzed norweskiej nawałnicy, będąc jednym z prekursorów czarnego metalu na naszej ziemi. Po kultowych nagraniach demo na rozstaju dróg widniały, jak się zdaje, dwa główne kierunki. Muzycy mogli pozostać wierni swym pierwotnym inspiracjom, nawiązującym do tzw. pierwszej fali i w pierwszej kolejności do swych mistrzów w postaci Samael, albo popłynąć z nurtem zmian – będąca już wtedy u szczytu norweska scena wyznaczała nowe szlaki, którymi podążały dziesiątki zespołów. Taranis, jako jeden z nielicznych, poszedł na przełaj, własną, niewydeptaną ścieżką. Groziło to wyklęciem pośród blackmetalowych ortodoksów. Muzycy podjęli krok śmiały, ryzykowny, ale koniec końców fortunny – powstał album dla polskiej sceny blackmetalowej istotny, a z powodu braku wznowień poszukiwany i okryty nimbem tajemnicy. W dodatku to album na swój sposób profetyczny, biorąc zwłaszcza pod uwagę, jakimi ścieżkami polska scena kroczy i jakie młodopolskie oraz okultystyczne inspiracje wciąż są dla niej istotne.
Po latach można na Fausta spojrzeć bardziej krytycznie, dostrzec kompozycyjne, czy wykonawcze braki. Sami muzycy nie wypierają się pewnych mankamentów, które zrzucić można głównie na karb ówczesnych sprzętowych i studyjnych ograniczeń. Zamysł był tu dużo ambitniejszy niż podczas pierwszych nagrań demo, a zatem poprzeczkę zawieszono znacznie wyżej. Jednak wbrew przeciwnościom udało się stworzyć dzieło ponadczasowe, które pozostaje żywe, nie tylko we wspomnieniach fanów. I na szczęście nikt nie wpadł na pomysł, by całość zrealizować na nowo od początku lub choćby majstrować nadmiernie w pierwotnych nagraniach – dokonano jedynie subtelnego remasteru.
Bez względu jednak na szorstkość formy i ograniczony czas w studio, Faust do dziś pozostaje dziełem wyrazistym, śmiałym, oryginalnym, w jakiejś mierze osobnym – choć nie można pominąć faktu, że w połowie lat 90. nastąpiło sporo prób żenienia metalowej ekstremy z klimatem, mieszania wątków brutalnych i melancholijnych. Muzycznie Taranisowi najbliżej do Tiamatu z tamtego okresu, Samaela (który przecież też się przepoczwarzał), Bethlehem, czy greckiej sceny. O black metalu mówimy zatem w przypadku Fausta umownie, bo zarówno w warstwie muzycznej, jak i lirycznej Taranis nie jest nawet blisko tego, co napędzało wtedy tą konwencję. A może właśnie o to chodzi, by podążać na przekór przed siebie? Może tym właśnie black metal winien być? W końcu sam Mefistofeles jest figurą niejednoznaczną, rozmawia z Bogiem jak z kompanem, zakłada się z nim, pragnie zła, a przynosi dobro… Niechże Faust pozostanie również nieodgadniony, nieuformowany do końca, dziwny i niejednoznaczny.
O magii metalu decyduje zaitgeist, który wymyka się analizom. Mam wrażenie, że dla wielu osób pamiętających tamte czasy, wznowienie Fausta było okazją do wspomnień. I pewnie rynek przyjąłby powrót tego albumu w każdej postaci, nawet skromniejszej edycyjnie. Jednak jeśli już coś robić, to rzetelnie i z miłością, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z jednym z pomnikowych dzieł dla polskiego podziemia lat 90.
Limitowane wydanie winylowe i CD wyglądają tak, że trudno cię do czegokolwiek przyczepić, a jednocześnie oddają pierwotne artystyczne zamiary. Jeśli nie kupiliście w okolicach premiery, pewnie pozostaje Wam już tylko zawrzeć pakt z diabłem, przeczesywanie zakazanych antykwariatów, spotkania z szalonymi kolekcjonerami… Może za duszę uda się jeszcze dorwać winyle lub Mediabook? Ja mam, podpisałem pergamin unurzanym w krwi gęślim piórem.
Taranis na Facebooku
Urtod Void na Facebooku
Taranis i Urtod Void na Bandcamp

- Czarny Bez – „W blasku księżyca” (2025) - 15 stycznia 2026
- Slave Keeper – „Podwójna gra” (2025) - 19 listopada 2025
- Sothoris – „Domus Omnium Mortuorum” (2025) - 4 października 2025
Tagi: 1994, 2024, album, black metal, Faust, kvlt, legendarne płyty, metal, recenzja, review, Teranis, zespoły z Wadowic.






