To w Wadowicach wszystko się zaczęło, by zacytować klasyka… To stamtąd pochodzi Taranis. Niezapomniana wizyta Samaela na ciechanowskim S’thrash’ydle w 1990 zainspirowała Jacquesa, Toma i Amaimona do stworzenia zespołu, który miał zapisać się złotymi zgłoskami w historii polskiego metalowego podziemia. Możemy się zresztą o tym dowiedzieć z wywiadu przeprowadzonego przez Piotra Dorosińskiego na potrzeby jego książki Rzeźpospolita.
Cofnijmy się zatem do początków, bo wydany przez Urtod Void winyl jest ku temu doskonałą okazją. Na The Wicked znalazły się pierwsze, zarejestrowane w 1991 nagrania, które są po prostu zapisem próby. Materiał ten nigdy wcześniej nie został wydany, choć oczywiście maniacy doskonale go znają. Słychać wyraźnie w tych numerach pierwotne inspiracje muzyków. Taranis gra zresztą ze słuchaczami w otwarte karty i nie kryje się z ówczesnymi fascynacjami. Na The Wicked znalazły się bowiem dwa, oddające hołd Mistrzom covery. Pierwszym z nich jest The Reaper Hellhammera, ciut wolniej zagrany i jakby bardziej złowrogi za sprawą wokalu Jacquesa, a drugim niemniej klasyczny Into the Pentagram rzeczonego Samaela. Dzięki surowości, pełnej technicznych niedociągnięć i ograniczeń, udało się znaleźć Taranis własną interpretację – być może trochę po omacku, być może pozbawioną wszelkiej subtelności, ale wpisującą się w pewne kanony.
The Wicked to także własne próby kompozytorskie młodzieńców z Taranis, z najdłuższym The Primeval God na czele – cudownie chamskie i bezwzględne dla przypadkowych słuchaczy, a rozkoszne dla szukających bluźnierstwa. Jest tu złowieszcze intro, z plamami mrocznych dźwięków i pojękiwaniami Jacquesa, które mogą wywołać ciarki. Wrażenie robią siermiężne riffy, pordzewiałe, przeżarte przez pleśń, niedbałe, szorstkie, podane wraz z dudnieniem bębnów. Nie ma na The Wicked szybkości thrashu, nie ma ciężaru death metalu, nie ma skoków dynamiki, szaleńczych solówek. Nie oszukujmy się – muzykom brakowało po prostu środków, by ścigać się z tuzami tych gatunków, ale właśnie dzięki wielu niedoskonałościom (sprzętowym i realizacyjnym również) powstało coś niezwykłego. Rodzi się przecież w tych nagraniach brzydkie, blackowe dziecię, w swym prymarnym krzyku, jeszcze nieuformowane, dopiero co wyrzucone z diabelskich trzewi.
Były to dla zespołu i czarnego metalu czasy prekursorskie, dzikie, pozbawione kalkulacji i w pełni ukształtowanego języka twórczego, co stanowi po latach wartość samą w sobie. Tylko młodość może sobie pozwolić na podobną bezczelność. Debiutanckie próby Taranis, wraz z pierwszymi nagraniami Xantotol i Pandemonium określały dopiero stylistyczne ramy black metalu, pchały go ku bardziej ekstremalnym rejonom niż ojcowie stylu, stając się kolejnym ogniwem układanki rozpoczętej przez Venom, a kontynuowanej przez Bathory i Hellhammer. No i były to próby pozbawione jeszcze wpływów norweskiej sceny, która lada moment miała stać się hegemonem, na chwałę i zatracenie jednocześnie. A że świat potem wybrał za wiodącą inną, skandynawską estetykę?
Taranis pełnię artystycznej dojrzałości i autonomii pokazał na albumie Faust, jednym z najoryginalniejszych dzieł rodzimego black metalu – zarówno pod względem kompozycyjnym jak i tekstowym. Niemniej te pierwsze nagrania to po prostu kawał historii rodzimego undergroundu. Kto szuka wysublimowanego aktu czarnej sztuki, zawiedzie się na The Wicked, ale jak sądzę, sięgną po winylowe wydanie ludzie świadomi, ciesząc się jego surową pokracznością.
Czy materiał broni się po latach? Właśnie z powodu tej pierwotnej dzikości i pozbawionej wdzięczenia się do kogokolwiek przekorze, jak najbardziej. Szpetota ta jest kusząca. Zrodzona w specyficznych czasach i warunkach sztuka, to akt nie do powtórzenia, choć wielu w głębokim podziemiu i dziś próbuje naśladować zrodzone wtedy spontanicznie patenty. Jeśli szukać nagrań kultowych dla rodzimego black metalu, to byłyby to właśnie pierwsze próby Taranisa.
A jak wydanie winylowe? Dokładnie takie, jakie być powinno – podane bez niepotrzebnych udziwnień. Grafika na okładce, utrzymana w czarno-białej, prostej, ikonicznej estetyce, została przygotowana specjalnie na tę okazję. Rozkładana wkładka ze zdjęciem zespołu z próby naprawdę wystarcza, by przywołać ducha epoki. Ascetyzm i powściągliwość są w tym wypadku jak najbardziej wskazane. Winyl brzmi dobrze, nikt nie grzebał nadmiernie przy tych nagraniach, jeśli w ogóle. Nie ma się co rozwodzić – każdy kolekcjoner winien zainteresować się tym wydaniem. The Wicked to obowiązkowa pozycja dla kolekcjonerów, oczywiście razem z pierwszym demo zespołu, The Obscurity, które też znalazło niedawno swoje miejsce na czarnym krążku.
Czyżby przyszedł teraz czas na wznowienie Fausta? Czekam!
Oficjalna strona Taranis na Facebooku
Urtod Void na Bandcamp
- Czarny Bez – „W blasku księżyca” (2025) - 15 stycznia 2026
- Slave Keeper – „Podwójna gra” (2025) - 19 listopada 2025
- Sothoris – „Domus Omnium Mortuorum” (2025) - 4 października 2025
Tagi: 1991, 2022, alternative music, black metal, demo, Legendy Metalu, metal, muzyka niezależna, płyty winylowe, raw black metal, recenzja, reedycja, review, Taranis, The Wicked, undreground, Urtod Void, vinyl, wznowienie.











