Temple of Evil – „The 7th Awakening” (2016)

Zerknąłem w swoje archiwum i spojrzałem na ostatnie recenzje. Grindcore, grindcore, grindcore, powerviolence i jeszcze na deser grindcore. Tak nie może być, monotonia zabija powoli. Więc dziś, dla odmiany i chwili wytchnienia, zajmiemy się czerniną. Co widać po okładce, logu, nazwie i chyba każdym calu tak zwanego pierwszego spojrzenia. Pajechali.

Jeszcze niedawno wątpiłem w ogóle, że Cypr istnieje. Uznawałem tą wyspą za kraj równie mitologiczny jak Albanię (Albania nie istnieje. Znasz kogoś z Albanii/słyszałeś jej hymn/wiesz, gdzie leży/czym się tam płaci? No właśnie, ja też nie). A tu proszę, okazuje się, że nie tylko coś tam jest, ale i nawet black metal grają. Temple of Evil ma już kilka lat, ale dopiero teraz zebrali się na wydanie swojej twórczości. Twórczość ta ma osiem części, z czego pierwsza i ostatnia to intro i outro, oraz zajmuje niecałe trzy kwadranse. Wydali ich Deathhammer Records.

Na potrzeby recenzji wydawca wysłał mi standardowo dystrybuowany digipak. I chwała im za to, bo to jedno z najładniejszych wydań, jakie widziałem na oczy. Cały produkt utrzymany jest w podobnym stylu, co okładka, a w samej książeczce pełno artworków, bardzo ślicznych i jeszcze bardziej klimatycznych, do tego pasujących do poszczególnych utworów. Ogromny plus za samo wydanie płyty.

Zaś sama muzyka… no, mogło być lepiej. Temple of Evil bardzo sili się na stylistykę occultową, mistyczną i tak dalej, jednak muzycznie są o kilka długości Boeinga 747 za Cult of Fire i podobnymi im projektom. Z drugiej strony, nie jest wcale tak źle. Kompozycje są melodyczne na ten specyficzny, zimny, ostry, blackmetalowy styl. Podoba mi się to, trafiają się naprawdę przyjemne melodie. Mówię tu chociażby o …On Devil’s Wings czy uroczo chwytliwych solówkach w The 7th Awakening czy The Book of Shadows. Gitara (nie wiem, czy to tylko ja, ale przez całą płytę chyba ani razu nie słyszałem dwóch gitar. Cały czas jedną) snuje dźwięki dość podobne, ale ładne. Razem z sprawnym i bardzo słyszalnym basem oraz zazwyczaj pasującą do reszty perkusją (całe dwa tryby bębnienia!) tworzą porządne instrumentarium. Narzekałbym tu jednak na produkcję. Z jednej strony można uznać, że jest w pewien sposób klasyczna, i że pasuje. Z drugiej strony, kategorycznie za mało tu niskich rejestrów. Przeszkadza mi także zbyt ostre brzmienie talerzy. A jak już przy narzekaniu jestem to muszę to powiedzieć: wokal ssie. Barwę jeszcze można przetrawić, ale już sposób artykułowania tekstu jest okropny i nieczytelny. Odsłuchiwałem płytę z tekstem pod nosem, i wciąż rozumiałem równie wiele, co z przesławnego Dragostea Din Tei (jak nie kojarzysz to wyjutubuj). Chórki na Illuminatio Tenebrarum w sumie też nie wyszły, choć to moje odczucie. Jeżeli lubisz czyste wokale w stylu wczesnego Christ Agony, to mogą Ci się spodobać. Za to do The Book of Shadows nie mogę się pod tym względem przyczepić. Brzmi tam dość mistycznie i occultowo, czyli tak, jaka prawdopodobnie miała być cała płyta.

Tekstu dużo, ale muszę jeszcze napisać o dwóch rzeczach. Po pierwsze: kompozycje wydają się być aż za podobne. Tak jakby bazowały na jednym schemacie. Nastrojowe intro (czasami bardzo nastrojowe. Przesłuchajcie początek Chalice of Impure Blood), tekst, melodia, tekst, melodia, outro, powtórz. Do tego same melodie brzmią podobnie. Drugą sprawą jest szczególne uwypuklenie kawałka tytułowego. The 7th Awakening bez dwóch zdań jest najlepszym utworem na płycie. Skomponowany bardzo płynnie, z świetnym zakończeniem, trwa stanowczo za krótko, mimo, że jest najdłuższy na płycie. Szkoda tylko, że oszukali mnie z damskim wokalem, który miał się tam zjawić, a się nie zjawił.

Podsumowując: miało być occult, ale nie do końca wyszło. Płyta nie jest zła, ale na pewno nie zostanę jej wielkim fanem. Jeżeli za jakiś czas ponownie wezmę ją do ręki to prawie na pewno by pooglądać artworki.

Ocena: 6/10

Kapitan Bajeczny
Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , .