Nie ma to jak dobra wytwórnia. Taka zarządzana przez gościa, do którego gustu ma się zaufanie. Wytwórnia oferująca pozycje, które można kupować w ciemno, do tego jeszcze świetnie wydane. Istny skarb. Chyba, że jesteś recenzentem, wtedy robi się dwukolorowo. Do wszystkich zalet dochodzi jedna sprawa: zaczynają podejrzewać cię o szachrajstwa.
Ale, co tam. Kto posłucha choć jednego utworu z Kill Them… All wie, że wszystkie peany zawarte poniżej nie są udawane. I że EveryDayHate jest wielkie. Ten materiał dostałem właśnie od EDH, którzy to, do spóły z Selfmadegod Rec, Dead Heroes, Obscene Prod. i Fatass Records puścili na winylach ubiegłoroczny materiał The Kill. Materiał zawierający dziewiętnaście utworów, dających razem prawie pół godziny skondensowanej zajebistości.
Jest jedno słowo, które idealnie pasuje do muzyki australijskich grindersów: wściekłość. Wściekłością kipi tu każdy element, wściekłość wylewa się z wszystkich utworów i motywów. Czuć ją nawet w nazwie i okładce. A poczekajcie tylko, aż odpalicie swój placek. Pierwszy Insults trzaśnie Was po ryju już od pierwszego, prostego jak diabli, i równie chwytliwego, punkowego riffu. Potem już cały krążek mija jak z bicza strzelił. Jest niesamowicie szybko (posłuchajcie Not the Voice, to Usain Bolt wśród kawałków), agresywnie i mocarnie. Jest nieskomplikowanie, ale nie zawsze (ach, te wspaniałe, pokrętne riffy spotykane chociażby na Insults, Holiday’s Over czy The Divine World). Jest maksymalnie grindcore’owo, czuć wszędzie ducha protestu, złości, tryskającej energii. Choć to nie tylko grindcore. Moje ucho wyłapało na przykład bardzo thrashowe riffy (znowu Insults, Metal Thrashing Mad, uwaga, NIEBĘDĄCE coverem. Znaczy, tylko trochę jest. Tekst pożyczono). Wrażenie te potęguje brzmienie. Może jestem nienormalny, ale produkcja bardzo przypomina mi thrash z lat osiemdziesiątych, szczególnie prześlicznie brzmiąca perkusja. Zresztą, produkcyjnie w ogóle jest miodzio. Każdy element jest dopieszczony, a specjalnie wspomnę o wokalu. Nie dość, że świetny, to jeszcze autentycznie nietrudno jest zrozumieć, co Nik krzyczy, co tylko powoduje, że chce się krzyczeć razem z nim. Taneczność płyty? Jeszcze jaka! Kill Them… All nie tylko zachęca do moshu, to jest prawdziwy moshhammer.
Największą zaletą tej płyty jest to, że ona nie odpuszcza. The Kill non stop gnają do przodu, nie pozostawiając ani chwili na wytchnienie. Co prawda, na płycie znajdziecie zwolnienia, ale ja bym ich tak nie nazwał. To są natężenia atmosfery. Te kilka sekund bez gitarowo-perkusyjnej gonitwy ma (i genialnie się w tej materii sprawdza!) przygotować słuchaczy na jeszcze mocniejsze jebnięcie. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak świetnie materiał ten sprawdzi się na żywo. Burn, Cragieburn, Burn, Splittin’ Chips, Smooth and Shiny (bęben jest wręcz uwodzicielski) są strzałami, przy których nawet moja babcia rzuciłaby wózek i pognała pod scenę.
Ulubiony kawałek? Cała płyta! The Kill nie bierze jeńców, niszczy, pali, zaraża agresją i rozpowszechnia przemoc gdzie tylko zostaną usłyszeni. Absolutny must have dla każdego fana grindcore’u oraz największa sieka AD 2015 jest na wyciągnięcie Waszych łapek. Tylko kiep nie skorzysta.
Ocena: 9,5/10
PS: jak będziecie mieli mnóstwo szczęścia to dorwiecie limitowaną edycję Die Hard. Art z playera jest okładką tejże Szklanej Pułapki, w miniaturze recki macie standardowy cover. Zróbcie z tą informacją, co tylko chcecie.
- Ayyur – „The Lunatic Creature” (2018) - 13 lipca 2019
- Psychopathic – „Phases” (2018) - 6 lipca 2019
- Himura – „Exterminio” (2016) - 30 czerwca 2019
Tagi: 2015, Dead Heroes, EveryDayHate, Fatass Records, grindcore, kapitan bajeczny, Kill Them... All, Obscene Productions, recenzja, Selfmadegod Records, The Kill.







