Dawno, dawno temu, w środku Sopotu, w klubie, który dziś słynie raczej z elektroniki albo hip-hopu, sam nie wiem, można było posłuchać i pograć jazz. Otwarta scena, jam session, czasami pojawiły się jakieś lokalne tuzy, czasami wszystko ciągnęło kilku anonimowych zapaleńców. Wiadomo, były lepsze i gorsze wieczory, ale i tak wspominam całość bardzo przyjemnie. A wspominam zwłaszcza teraz, bo odpalając Uranus Space Club oczyma wyobraźni zawsze widzę ich na tamtej scenie.
Po tym pierwszym akapicie wiesz już, że na Another Planet, Another Love nie masz do czynienia z metalem. Odhaczmy to. Uranus Space Club możesz od biedy zaliczyć do jakiegoś space rocka, ale mimo wszystko oponowałbym. Tak naprawdę to blisko im do poukładanego jazz rocka. Wszystko brzmi właśnie jak z jam session – jest pewien szkielet, w ramach którego mniejsze i większe wygibasy odczyniają poszczególne instrumenty, tworząc jakąś opowieść i wytyczając jakąś pełną zakrętów drogę. Jest to wszystko figlarne i fikuśne, bardzo swobodne w charakterze, choć nie w formie. Dlatego też jest przyjemne, ale z drugiej strony – przyjemne jak miły piątkowy wieczór z piwkiem i znajomymi, ale też nie taki, który zapadnie ci w pamięć na długo i odmieni twoje życie. Ot, po prostu sympatyczny, jakich spędzisz jeszcze wiele.
Stwierdziłem już, że miałbym obiekcje przed przylepianiem Uranus Space Club nakładki „space rock”. Tak naprawdę tego kosmosu jest tu stosunkowo niewiele, ale nic nie szkodzi. Zdecydowanie więcej jest za to bardzo fajnych, ejtisowych klawiszy. Uranus Space Club bawią się tymi brzmieniami elektroniki, ale nadają jej generalny vibe wprost z czołówek programów TV z lat 80-tych i 90-tych – prawidłowym skojarzeniem jest niedościgniona czołówka 5-10-15 autorstwa Kombi (możecie się śmiać, ale wklepcie sobie w jutuba i usłyszcie, co tam się działo). USC płyną sobie właśnie w tym kierunku i – jak już ustaliliśmy – jest to całkiem sympatyczny rejs dla słuchacza. Oczywiście są odskoki – jeśli już na siłę doszukujemy się tego kosmosu, to chyba najbliżej będzie wystartować z Venus, który bombastyczne klawisze żeni momentami z basem (który notabene na całym albumie ma świetne, głośne, ciepłe ale drapiący sound) dając w rezultacie zaskakująco ciężkie brzmieniowo momenty. Efektownie i bogato robi się tam, gdzie na pierwszym planie pojawia się saksofon, np. w Earth. Moim ulubionym kawałkiem albumu jest jednak Jupiter, pełen świetnych, wciągających dialogów instrumentów. Generalnie zestawienie pulsującego, głośnego i funkującego basu, z klawiszami, które lubią prowadzić, saksofonem i dość bogatą w ormamenty perkusją jest dobrym połączeniem zapewniającym wystarczająco dużo brzmieniowych zakrętów, żeby utrzymać moją uwagę.
Pisząc o łatkach powinienem wspomnieć o tej, którą dla siebie ukuł sam zespół: funky stoner. Coś w tym faktycznie jest, bo Uranus Space Club jest bardzo funky i korzysta ze stonera, mieli go przez zupełnie inną estetykę, uzyskując swoją własną miksturę. Jednak nie spodziewajcie się, że ten stoner będzie bardzo słyszalny, że będzie na wierzchu – nic z tych rzeczy. On jest raczej punktem wyjścia dla Another Planet, Another Love. Jeśli upatrywaliście w USC rodzeństwa dla Karma to Burn albo Major Kong, to będziecie zaskoczeni, bo Uranus Space Club działają na własnych zasadach.
Co się będzie dalej działo z Uranus Space Club pokaże czas. Czy dadzą sobie spętać nogi tym stonerem i przykleją się do niego bliżej, czy może będzie zupełnie przeciwnie – odpalą wrotki i dadzą sobie kompletną swobodę artystyczną? Poczekamy, zobaczymy. Na dziś Another Planet, Another Love traktuję jako przyjemny i obiecujący wstęp.
7/10
Uranus Space Club na Facebooku
Sprawdź też: Little Jimi, The Freuders, Vaget, Turnstile, Diuna
- Only Sons – Through the Night Again (2026) - 10 kwietnia 2026
- UKĆ – „Anomalie-Upadek konającego ćwierćwiecza” (2026) - 5 marca 2026
- Formis – „Bestiarius” (2025) - 10 lutego 2026






