Vulture Lord – „Desecration Rite” (2021)

Gdy Vulture Lord postanowili ostatecznie zakończyć oczekiwanie wszystkich na ich drugi pełny album, debiut Norwegów rocznikowo był już pełnoletni. W ciągu tych osiemnastu lat dzielących Profane Prayer od Desecration Rite zespół wypuścił zaledwie jedną EPkę i dwie składanki oraz przeszedł liczne roszady personalne, z których najbardziej bolesną była niewątpliwie śmierć gitarzysty Nefasa. Obecnie formacja jest więc zupełnie czymś innym niż była w 2003 roku, a jednak jad i furia zawarte w granym przez nich black metalu na szczęście pozostały bez zmian.

Na atak trzeba poczekać minutę, bo tyle trwa intro w postaci Glorification of the Dethronation. Następnie zostajemy uderzeni lekko thrashowym riffem Bloodbound Militia, który szybko przeradza się w black/thrashową jatkę. Taką z wysokiej półki – gitary tną aż miło (nie brak też ładnych solówek, pokazujących, że nowi muzycy kapeli nie zostali wzięci z łapanki), perkusista pędzi przed siebie nie pozwalając ani na moment zwolnić zabójczego tempa krążka (nie licząc kilkunastosekundowego, nieco bardziej melodyjnego fragmentu Burning the Kingdom of God oraz początku wieńczącego album Perverting the Bible), a Baron Sorath z nienawiścią wypluwa z siebie kolejne ataki na chrześcijaństwo i wszystko co z nim związane. Niby nic odkrywczego, a jednak dzięki melodyce podlanej thrashowym sosem daje mnóstwo radochy i powodów do machania czupryną. To krążek bezkompromisowy, który powinien mile połechtać wszystkie dusze spragnione łomotu spuszczanego za pomocą czarnej sztuki.

Choć z gatunkowym mariażem Vulture Lord radzą sobie bardzo dobrze, a ja sam chętniej sięgam do szufladki „black” niż „thrash”, to jednak najardziej udane momenty albumu następują wtedy, kiedy kwartet pozwala thrash metalowym patentom wyjść przed szereg. Numery takie jak rewelacyjny The Vulture Lord, wspomniany początek Perverting the Bible czy Bloodbound Militia to prawdziwe perełki, których nie powstydziłyby się czołowe thrashowe załogi. To te numery najmocniej zapadają w pamięć i dlatego trochę szkoda, że nie ma ich nieco więcej, oczywiście nie ujmując nic blackowym strzałom w stylu Stillborn Messiah czy Beneficial Martyrdom, bo one również wypadają znakomicie.

Mógłbym podsumować Desecration Rite za pomocą wyłącznie trzech słów: warto było czekać. Norwegowie powrócili z mocą, energią i jadem, jakiego niejeden bawiący się w black metal skład mógłby im pozazdrościć. To na pewno jeden z bardziej udanych tego rodzaju materiałów, jakie dane mi było ostatnio słyszeć i zarazem jedno z lepszych wydawnictw wypuszczonych pod egidą Odium Records. Oby na kolejny krążek kwartetu nie trzeba było czekać zbyt długo – zdecydowanie za dużo czasu zostało już „zmarnowane” i serce mnie boli, kiedy pomyślę, ile kompozycji Vulture Lord mogli wydać na świat przez te osiemnaście lat.

Ocena: 9/10

Vulture Lord na Facebooku

 

Łukasz W.
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , .